(O pierwszym przykazaniu) Panu Bogu swojemu kłaniał się będziesz

Kochani Bracia w Chrystusie!

W towarzystwach często słyszy się pytanie, jaki język jest najpiękniejszy? Są tacy, którzy francuski stawiają na pierwszym miejscu, inni bronią języka włoskiego – jeszcze inni słyszeli język hiszpański i są jego gorącymi zwolennikami.

Bracia, czy wiecie, co ja myślę? Każdy język jest piękny, kiedy się nim ludzie modlą! Niech to będzie język bardzo prymitywny, prosty, nierozwinięty – gdy człowiek używa jego niedołężnych wyrazów jako skrzydeł, aby się dostać przed tron majestatu bożego, zaraz bije z niego jakieś tajemnicze, nadprzyrodzone piękno. Piękny jest język, którym przemawia matka do dziecięcia, bawiącego, się wypowiadaniem wyrazów niezrozumiałych dla ludzi dorosłych. Piękny jest język, którym narzeczona wyjawia ukochanemu gorące uczucia swego serca. Ale wszelki język wtenczas jest najpiękniejszy, kiedy go człowiek używa do wyrażenia swych uczuć, swojej duszy przed obliczem Ojca niebieskiego, czyli kiedy się modli.

„Kiedy się modlimy!” – Modlitwa, Bracia! jest najwspanialszą pracą, jaką może wykonać duch ludzki, dlatego ze wszystkich piękności ziemskich najbardziej zachwycający jest widok twarzy klęczącego człowieka, pogrążonego w modlitwie przed bożym majestatem.
„Ja jestem Pan, Bóg twój!” – brzmi przykazanie, w którym Bóg jakby przypominał: Jestem twoim Stwórcą, a ty jesteś moim stworzeniem! – mam prawo żądać od ciebie hołdu w postaci modlitwy. Jestem potężny, a ty jesteś nikłym pyłkiem! – Miej sobie za zaszczyt, że możesz się do Mnie zwracać w modlitwie. Jam silny, a tyś słaby! – szukaj we Mnie mocy, wsparcia i pociechy przez modlitwę.

Oto, Bracia, potrójny podział mojego dzisiejszego kazania:
I. Modlę się, bo to jest mój obowi ą zek;
II. Modlę się, bo to jest dla mnie wielki zaszczyt i
III. Modlę się, bo modlitwa jest ź ródłem moich sił.

 

I.

Modlę się , bo to jest mój obowiązek.

Ja jestem Pan, Bóg twój!” Bracia, czy wiecie, jaka myśl kryje się w tym króciutkim zdaniu? Bóg napomina nas, abyśmy w modlitwie składali Mu hołd i przez to się z Nim jednoczyli! Nagli nas do wewnętrznego zjednoczenia się i nie zadawala się chłodnym, wyrachowanym spojrzeniem, zatroskanym spoglądaniem co pewien czas „na Boga siedzącego w nieskończonościach na Swym tronie” Czy daleko jest od nas Bóg? Gdzie tam! „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” (Dz 17, 28)

„Panie, powiedz nam, gdzie mieszkasz!” – pytali się pewnego razu Chrystusa apostołowie. Wiecie, co to znaczy, że moim obowiązkiem jest modlitwa? To, że i my, często pytamy Boga: „Panie, gdzie mieszkasz?”

a) Jaka będzie pierwsza odpowiedź? „Chwały Twojej pełne są niebiosa i ziemia”. Bogiem napełniony jest cały świat. On jest początkiem wszystkiego. On jest źródłem każdej szlachetnej myśli. On jest sprawcą wszystkich naszych dobrych uczynków. Czy nie powinienem składać hołdu Panu Bogu?!…

b) „Panie, gdzie mieszkasz?” W każdej duszy czystej i bez grzechu. Każda czysta dusza jest świątynią, ołtarzem, monstrancją. I moja dusza i twoja! Jak delikatnie trzeba się obchodzić z duszami! Jestem „Theophoros”, t.j. niosącym Chrystusa; ja „niosący Boga”, niosący Chrystusa klękam i składam hołd mojemu Bogu, mojemu Chrystusowi!

c) „Panie, gdzie mieszkasz?” W codziennych drobnych okolicznościach życia. Kiedy czynisz dobrze, kiedy cierpisz bez narzekania – Bóg przebywa w tobie, jeśli dla Niego czynisz dobrze i znosisz cierpienia. Kiedy przychodzi nieprzyjemny gość, albo zjawia się nieoczekiwana przeszkoda, czy choroba, która przykuwa do łoża, albo ciężka praca –Bóg mieszka w tobie, jeśli dla Niego czynisz dobrze i trudy znosisz cierpliwie. Wszystko to jest modlitwą, hołdem, składanym Bogu Wszechmogącemu. Wszystko to jest modlitwą! Więc modlić się i składać hołd Bogu można nie tylko słowem, ale również myślą, westchnieniem, czynem i życiem!

Tego rodzaju hołd i taka modlitwa jest również moim najelementarniejszym, najbardziej katolickim obowiązkiem. Bracia! Może zdziwi was to, co teraz powiem: Pokorne uwielbianie Boga, codzienna modlitwa jest tak istotną częścią wiary katolickiej, takim obowiązkiem, że kto się nie modli, tego właściwie nie można zaliczyć między katolików.

Na każdym kroku słychać z ust naszych świeckich braci skargi, że przy objęciu posad wszędzie pomija się katolików, ba, nawet się ich prześladuje. Niestety tak jest! Ale… Wielu z tych, którzy się skarżą, nie mają prawa mieszać religii do krzywd im wyrządzonych. Na przykład, jeśli ktoś tylko wtenczas przyszedł do świadomości swojego katolicyzmu, kiedy odmówiono mu posady, taki człowiek nie ma się prawa skarżyć! W naszej religii nie wystarcza, jeśli ktoś tylko z metryki należy do Kościoła, ale musi przyczynić się swoim życiem, cnotami, przekonaniem do podniesienia dobrej sławy katolicyzmu. Pozwólcie, że powiem: nie może być katolikiem ten, kto się nie modli! Bo modlitwa jest moim najbardziej ludzkim obowiązkiem!

 

II.

Modlę się , bo to dla mnie zaszczyt.

Modlitwa nie jest tylko moim obowiązkiem, ale jednocześnie wielkim zaszczytem. Zdaje się, że to zbyteczne tłumaczyć. Już sama ta myśl napawa dumą, że ja znikomy pył ziemski, w każdej chwili, w jakiejkolwiek sprawie mogę mieć posłuchanie przed Majestatem Bożym. Nie potrzeba tam żadnych polecających listów, ani wyczekiwania w przedpokojach, nie wysyła Bóg do mnie na omówienie sprawy Swojego sekretarza, ale zaraz, gdy proszę, przyjmuje mnie osobiście, w każdej sprawie.

Bracia! Jaka wspaniała demokracja panuje w tej nauce Kościoła, że modlitwa posiada jednakową wartość bez względu, czy wzbija się ku niebu z lepianki, czy z pałacu! Czy brzmi w niej prośba o kawałek chleba, czy też mieści się troska o losy całego państwa?! Nie o to chodzi, z jakiego pochodzi środowiska, czy z nizin, czy z wyżyn społecznych, lecz tylko o to: jakie serce ją zrodziło!

Lecz jeśli modlitwa jest zaszczytem, to nie mogę zrozumieć, dlaczego wielu się jej wstydzi, dlaczego się z nią kryje. Bez wątpienia, Bracia, wielu ludzi znalazłoby się w kłopotliwym położeniu, gdyby się musieli publicznie modlić!

Przed kilku laty grupa lamów tybetańskich zwiedzała większe miasta Europy. Między innymi przybyli do Kolonii. Dzienniki tego miasta wyrażały wielkie zdziwienie, że lamowie przed spożyciem wieczerzy śpiewali swoje modlitwy, a stanąwszy przed katedrą kolońską, przejęci jej pięknem i majestatem, nie zważając na przyglądające się im tłumy, znowu zaczęli śpiewać swoje religijne pieśni.

Zdaje się, że nie potrzebuję mówić, jaka płynie stąd nauka. Chcę pochwalić śmiałych lamów tybetańskich, godnych takiego podziwu, jak niebotyczne szczyty Mount. Everestu, skąd przybyli, a zarazem wskazać na nas, na trwożliwych, zwyrodniałych synów i córki cywilizacji! Wątpię bowiem, czy my, Europejczycy, chrześcijanie, katolicy, ośmielilibyśmy się tak otwarcie modlić! Powiedzcie, czy to nie tchórzostwo, że w restauracjach, w pociągu, w miejscach turystycznych, ze względu na gapiów, wstydzimy się przed spożyciem pokarmu wypowiedzieć słów modlitwy, które w domu zwykle odmawiamy i uważamy je za zaszczyt!

Nie mogę pominąć przykładu, jaki dali pod tym względem holenderscy katolicy. Kilka lat temu rodzice z Holandii odwiedzali dzieci węgierskie, które kiedyś były w Holandii na kolonii wypoczynkowej. Jedną grupę oprowadzałem po stolicy. Na obiad wstąpiliśmy do Astorii. W całym towarzystwie ja byłem jedynym kapłanem. Kiedy mieliśmy rozpocząć obiad, całe towarzystwo z prostotą, najnaturalniej, przeżegnało się, i na środku wspaniałej restauracji odmówiło modlitwę przed jedzeniem. Nie wiem, co pomyśleli o tym obecni, ale nie można zaprzeczyć, że Holendrzy postąpili konsekwentnie. Zresztą, jeśli kto jest socjalistą, to lubi demonstrować chociażby czerwonym kwiatkiem: niech widzi świat, kim jestem! Węgier nie wstydzi się swoich barw narodowych: niech wiedzą, kim jestem! A katolik miałby się wstydzić swoich przekonań?! Katolicyzm, to wiara i kultura! Katolicyzm, to świetna przeszłość i nadziei pełna przyszłość! Co w tym krępującego?!

Tak: to, że się modlę, że się modlę po katolicku, to jest nie tylko moim obowiązkiem, ale i zaszczytem!

 

III.

Modlę się , bo modlitwa jest dla mnie źródłem sił.

Bracia, modlę się nie tylko dlatego, bo to jest moim obowiązkiem, i dlatego, że to dla mnie zaszczyt, ale i dlatego, że modlitwa jest ź ródłem moich sił.

„Gdzie nie dochodzą promienie słońca, tam dochodzi lekarz”, mówi przysłowie: to znaczy, że ciało, jeśli ma być zdrowe, potrzebuje światła i ciepła słonecznego! Czy wiecie, co jest dla duszy odżywczym i ogrzewającym światłem? Modlitwa! Ona podnosi, oczyszcza, ogrzewa, ożywia. Głębokie spostrzeżenie kryje się w słowach św. Augustyna; „Ten, kto potrafi się dobrze modlić, ten potrafi dobrze żyć. Kto zaniedbuje modlitwę, rozpoczyna życie grzeszne.”

Bracie! Tobie potrzebna jest modlitwa, a nie Panu Bogu. Bez względu na to, czy się modlisz, czy nie – pokusy czyhają na ciebie ze wszystkich stron. Czy ostoisz się jednak wobec grzechu, czy też upadniesz, zależy od tego, czy w modlitwie znalazłeś broń, z którą możesz walczyć zwycięsko.
Czy dzień rozpocząłeś modlitwą, czy nie, czeka cię taka sama ilość kłopotów, ale bez modlitwy zabraknie ci sił do ich zniesienia, energii życiowej, zapału i poczucia obowiązku!
Oto, Bracia, módlmy się, bo modlitwa jest nam potrzebna zarówno a) w duchowych, jak i b) w cielesnych walkach.

a) Potrzebna nam jest modlitwa w walkach duchowych.

Nie zrozumie tego ten, kto jeszcze nie znalazł się w położeniu, do którego można by zastosować w całej pełni słowa Pisma Świętego: „Boże nasz… Jesteśmy bowiem bezsilni wobec tego ogromnego mnóstwa, które na nas napadło. Nie wiemy, co czynić, ale oczy nasze zwracają się ku Tobie” (2 Krn 20, 12). Ile razy z ust naszych płynie skarga: Czuję okropne udręki i pokusy! Nie wytrzymam! Wśród tylu ponętnych pokus, wśród powodzi złych przykładów, między tak rozbieżnymi myślami, w krzyżowym ogniu ponęt ciała… nie, nie można wytrwać na drodze cnoty!

Bracie, nie oskarżaj się! Czy w chwili, kiedy opadną cię złe myśli, kiedy grad pragnień i namiętności uderzy w twoją duszę, czy próbowałeś schronić się za stalowy puklerz modlitwy?

– Jak to? – pytasz. – Czy naprawdę ta delikatna i subtelna nić modlitwy może służyć jako najpewniejsza tarcza? Tak, wręku Boga i nić pajęcza może się stać miedzianym publerzem. Czytamy, że świętego Feliksa z Noli szukano, by go zamordować, wszędzie gdzie się schronił, szli za nim prześladowcy. W końcu, znużony śmiertelnie, zatrzymał się w jakiejś jaskini… A w chwilę później pająk utkał piękną sieć na jej wejściu. Gdy przyszli wrogowie świętego Feliksa, widząc siatkę pajęczą, pobiegli dalej, myśląc, że skoro na wejściu jest pajęczyna, to widocznie już dawno nikt nie wchodził do groty.
Bracia! W bożym ręku i pajęczyna może być tarczą obronną. Im więcej czyha na ciebie pokus, tym częściej uciekaj za zasłonę modlitwy.

b) Modlitwa potrzebna jest nam tak ż ew ś ród utrapie ń doczesnych, cielesnych i materialnych.

Skoro się rzuci okiem na niezmierzone morze dzisiejszej, strasznej nędzy, na smutnie zwieszone głowy, na zorane twarze, na wyczerpane i utrudzone tłumy, to z piersi wyrywa się okrzyk: Panie Boże, co by się stało, gdyby na domiar wszystkiego ludzie stracili jeszcze wiarę w Ciebie?!
śycie i tak jest bardzo ciężkie, i tak jest wiele serc złamanych, samobójstw, co by się jednak działo, gdyby nie było Ciebie?!

Bracia! Czy nie widzicie tych smutnych, przygnębionych ludzi, którzy tylko nędznie wegetują? Pełno ich na rogatkach ulic, w lombardach i sklepach z tandetą. Wielkie damy w staromodnych kapeluszach, dyplomaci, ojcowie rodzin w wypłowiałych spodniach… ci wszyscy, którzy przed piętnastu laty „przeżywali swe dobre czasy”, a teraz są ofiarami wielkiego przewrotu światowego, przygnębieni, chyłkiem przesuwają się koło nas. Już się nawet nie skarżą.

Bracia, kto im może pomóc? Ustawa państwowa? Partie? Instytucja dobroczynna? Mowy agitacyjne? Nie! To wszystko za mało! Nikt, nigdy nie przekonał się bardziej o wartości wiary, niż ci ludzie, którzy w milczeniu znoszą nędzę. Szczęśliwy ten, kto z wielkiej katastrofy, z gruzów swoich ziemskich nadziei potrafił uratować wiarę w Boga! Kto posiada Ukrzyżowanego Chrystusa, ma nieoceniony skarb i potężne źródło siły! Chrystusa, ale nie takiego, który mieszka w luksusowych willach, za zamkniętymi drzwiami; nie Chrystusa, który siedzi na wysokościach tronu, odziany płaszczem wyniosłości, ale Chrystusa, któremu bliskie jest morze nędzy ludzkiej – Chrystusa, który sam zaznał ziemskiego życia i nędzy, Chrystusa, który słyszy wszystko, nawet cichą skargę; Chrystusa, który wszystko widzi, nawet pełne noce bezsenne, spędzone na krawędzi łoża; Chrystusa, który jest światłością dla naszego zmęczonego ciemnością wzroku, naszą podporą, pożądaniem i ukojeniem naszych tęskniących serc!
Bracia! Bracia cierpiący –módlmy si ę ! Cierpienie i smutek ściska nasze serca… nie możemy uniknąć zła. Bracia! Chrystus jest z nami, w naszych sercach, doda nam sił do zwycięstwa. Uczmy się od Niego, od Króla cierpiących, jak mamy znosić to, co nas spotka w życiu.

W jaki sposób zniósł Chrystus straszne męki? Modlił się! „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości.” (Hbr 5, 7). Bóg Go wysłuchał. Jak to? Czy odsunął od Niego gorzki kielich? Nie, ale dał Mu siłę, żeby mógł dopełnić Swojej ofiary.
Bracia! Uczmy się modlić od modlącego się Chrystusa. Patrzcie, jak cierpi na krzyżu, a jednak potrafi się modlić wśród Swoich cierpień! Rozjuszona tłuszcza wygraża pięścią, a Chrystus się modli! Z Jego otwartych ran spływa krew, a On się modli! Opanowały Go najokropniejsze ciemności, zdaje się i Ojciec Niebieski Go opuścił – a On się modli! Tak, w tej strasznej chwili skarży się, ale i ta skarga jest modlitwą.

O, Bracia! Nauczmy się cierpieć i znosić męki z modlitwą na ustach, a jeśli się nam zdaje, że już więcej nie wytrzymamy, skarżmy się Bogu w modlitwie! Bracia, nie trzeba się buntować, lecz modląc się, cierpieć! Nie oburzać się na niebo, nie grozić strajkiem Bogu! Nie myśleć o samobójstwie! „W ucisku bądźcie cierpliwi, w modlitwie – wytrwali.” (Rz 12, 12) „Spotkało kogoś z was nieszczęście? Niech się modli.” (Jk 5, 13) Nie wiem, czy wolno mi powiedzieć to, co czuję w głębi duszy: Nasz los byłby znośniejszy, gdyby w naszej biednej ojczyźnie było więcej ludzi, którzy się modlą, a mniej niezadowolonych, zgorzkniałych i rzucających przekleństwa.

 

***

Kochani Bracia i Siostry! Jeślibyśmy chcieli streścić dzisiejsze kazanie, musielibyśmy powiedzieć: Z pierwszego Boskiego Przykazania wynika jasno, że modlitwa jest moim obowiązkiem. Majestat Boży wskazuje, że modlitwa jest dla mnie zaszczytem; z dobrodziejstw modlitwy wynika, że przynosi mi korzyść i jest źródłem mocy. Rosa zapewnia urodzaj spalonej słońcem ziemi, a rosą dla naszej duszy są błogosławione chwile modlitwy. W świętych momentach modlitwy wpatruję się w twarz Wszechmocnego Boga, a im częściej w nią spoglądam, tym wyraźniej odtwarzam w swej duszy podobieństwo boże. A celem całego bytowania ziemskiego jest: wytworzyć w sobie święte podobieństwo boże.

Gdy Pan Jezus chodził po ziemi, wziął pewnego razu w Swe błogosławione ramiona małe dziecię i powiedział do apostołów pamiętne słowa: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 18, 3). Legenda niesie, że z tego dziecięcia urósł później święty Ignacy, biskup–męczennik Antiochii. Ile jest w tej opowieści prawdy, nie wiadomo. Ale wiem, że święty Ignacy dużo się modlił, i w czasie modlitwy często zatapiał się w obliczu Pana Jezusa.
Skąd wiem o tym?

Stąd, że inaczej niezrozumiałą byłaby dla mnie wielkość jego duszy i ogromna tęsknota za życiem wiecznym, jaką pałał wśród okropnych mąk, oczekując całymi miesiącami na niechybnąśmierć. Złapano go i prowadzono do Rzymu, przez Syrię, Małą Azję, Macedonię, Dalmację. W drodze dowiedział się, że chrześcijańscy patrycjusze ubiegali się u cesarza o jego ułaskawienie. Zaraz ze Smyrny pisze do nich list. „Jeśli mnie kochacie – to dacie dowód swojej miłości, gdy pozwolicie mi paść ofiarą… Chciałbym umrzeć dla świata, żeby zatopić się w Bogu… Jest ziarnem bożym, potrzeba, by mnie zmełły zęby dzikich zwierząt, żebym się stał czystym chlebem ofiarnym dla Chrystusa… Już z góry się cieszę na myślo dzikich zwierzętach. Niech przyjdzie na mnie ogień i krzyż, rozdarcie przez dzikie zwierzęta, wszystkie możliwe katusze, byłem tylko mógł dojść do Jezusa Chrystusa!… Bije we mnie głęboko źródło żywej prawdy i ciągle słyszę głos: Pójdź do domu Ojca swego!…”

Spełniło się pragnienie sędziwego biskupa. Dnia 20 grudnia 107 roku, na arenie rzymskiej, dzikie, wygłodniałe bestie zmełły go na mąkę Bogu… Panie Boże! W czasie mojego rannego i wieczornego pacierza będę się starał patrzeć w Twoje Oblicze. A Ty dasz mi usłyszeć w godzinę śmierci:
Pójdź do domu… do domu… Ojca swego!. Amen.

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

September 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1