(O trzecim przykazaniu) Wartość naszej Liturgii

Kochani Bracia w Chrystusie!

Już w pięciu kazaniach rozpatrywaliśmy Przykazanie Boskie o święceniu niedzieli. W poprzednim poznaliśmy pewną grupę ludzi, którzy w niedziele i święta nie chodzą na mszę świętą. Nie są to może i źli ludzie, ale są na błędnej drodze. Dobra wola i fałszywe rozumowanie tworzą w ich duszach taki chaos, że poświęcę im także następne kazania. Nie chodzą na mszę świętą, bo – jak twierdzą  – ich wiara wewnętrzna nie wymaga tego rodzaju objawów zewnętrznych, nie potrzebują ceremonii.

Żeby Bogu oddać cześć – rozumuje taki człowiek – do tego nie jest potrzebny kościół, msza, organy, śpiew, głośna modlitwa i obrządki. W samotności, w cichym pokoiku rozmyślam sobie o Bogu. Gdy wyjdę w noc gwiaździstą i zatopię swój wzrok w milionach gwiazd, albo gdy znajdę się na wysokiej górze, to przejmuję się uczuciem uwielbienia dla Boga… W kościele jest pełno zewnętrznych ceremonii, czego, zdaje mi się – Pan Bóg chyba nie potrzebuje! Zdaje mi się, że większą okażę cześć Bogu, dając jałmużnę ubogiemu, niż modląc się pół godziny w kościele…

Tak mówią ludzie, którzy nie uznają obowiązku słuchania mszy świętej. Nie wiem, czy wielu z tych, którzy uczęszczają na mszę świętą, potrafiłoby wykazać, na czym polega błąd takiego rozumowania. Bo prawdą jest przecież, że i w ciszy własnego mieszkania można chwalić Boga; każdy przyzna i to, że w twe gwiaździstą, lub na szczytach wysokich gór można się również korzyć przed Majestatem Bożym a już szczególnie się musimy z nimi zgodzić na to, że Bóg nie potrzebuje religijnych obrządków. A zatem, w czym się mylą? Otóż, Bracia – to będzie właśnie tematem mojego dzisiejszego kazania? Dlaczego powinien człowiek pójść w niedzielę do kościoła? Dlaczego myli się, twierdząc, że kult zewnętrzny jest zbyteczny, że niepotrzebna jest liturgia i wspólne słuchanie mszy świętej w kościele? Czyli innymi słowy: Jaką ma wartość dla jednostek i społeczeństwa oddawanie publicznej czci Bogu ? – Oto pytanie, którym się dziś zajmiemy.

 

I.

Wartość kultu publicznego ze względu na jednostkę .

 

Kochani Bracia! Ci po błędnej drodze idący ludzie, o których mówiłem, mają do pewnego stopnia rację. Nie mylą się w tym, że Pan Bóg nie potrzebuje zewnętrznych ceremonii religijnych. Tak, Bóg tego nie potrzebuje: ale potrzebują ludzie, złożeni z duszy i z ciała. Aniołowie też uwielbiają Boga, a zdaje mi się, że nie mają żadnych przepisów liturgicznych, lecz zatapiają się w uszczęśliwiającym oglądaniu Pana. Dusze naszych zmarłych współbraci też oddają cześć Bogu, i myślę, że czynią to także bez żadnych formułek liturgicznych. Dopóki jednak dusza nasza jest połączona z ciałem, z materią – jakby powiedzieć – dopóki żyje „zewnętrznie”, dopóty potrzebujemy zewnętrznych objawów kultu. I ten kult zewnętrzny jest nam potrzebny z dwóch powodów: 1) Człowiek wewnętrzne uczucia zwykle ujawnia na zewnątrz przez gesty i ruchy. 2) Zewnętrzne ruchy nie tylko ujawniają życie wewnętrzne, ale również skłaniają do niego, wzmacniają je i podtrzymują.

1. Wspomniałem, Bracia, że przestrzeganie najdrobniejszych przepisów liturgicznych przy sprawowaniu mszy świętej, przy udzielaniu sakramentów i sakramentaliów, nadaje naturalny, zewnętrzny wyraz naszemu wewnętrznemu kultowi Boga. Bóg tak ściśle zjednoczył w nas duszę i ciało, że wewnętrzne – zwłaszcza wyższego stopnia – życie duszy mimo woli się objawia zewnętrznie. Słysząc dobrą nowinę, cieszę się, twarz moja przybiera wesoły wyraz! Na wiadomość o czymś przykrym, smucę się, i w oczach moich pojawiają się nieraz łzy! Otóż, Bracia, jeśli dusza i ciało są we mnie tak ściśle zjednoczone, jest naturalną rzeczą, że najgłębszych uczuć, uczuć religijnych również nie potrafię stłumić, lecz staram się je w jakikolwiek sposób wyrazić, uzewnętrznić.

Wyobraźmy sobie doskonałego mówcę, który nie recytuje, jak patefon, ale przejmuje się tym, co mówi. Czy przemowy jest on sztywny, jak posąg? Jeśli przeżywa temat, o którym mówi, jeśli się nim przejmuje do głębi,i jeśli włożył całą swą istotę w wygłaszaną treść, nie można go sobie wyobrazić stojącego w czasie przemówienia nieruchomo, jak kawałek drewna! Uczucia stara się on uzewnętrznić spojrzeniem, grą min, gestami.

Jeśli rozmawiam z jakąś ważną osobistością, przyjmuję odpowiednią postawę; jeśli rozmawiam z Bogiem, powinienem klęknąć, albo złożyć ręce do modlitwy. Czy wolno to nazywać czczą formą?

Jeśli kocham Boga, czy nie potrzebuję tego ujawnić na zewnątrz? Spróbujcie zabronić matce, żeby nie okazywała swojej miłości do dziecka szczebiotem, naiwnymi gestami, niezrozumiałymi dla innych wyrazami! Czy nie ma prawa tak robić? Czy ma stłumić w sobie gorącą miłość? Czy to możliwe? Nie!

Niemożliwym jest dlatego, bo człowiek jest cudem połączenia duszy z ciałem, i w ten sposób jest stworzony, że żyje w nim wewnętrzna miłość, wewnętrzna cześć, która bezwzględnie dąży i do zewnętrznego ujawnienia.

 

2. W zewnętrznym kulcie przejawiają się nie tylko tkwiące w nas uczucia religijne, ale wzmacniaj ą si ę i wzrastaj ą . Pastuszek układa drzewo na stos, by w ten sposób rozniecić potężny ogień… Odchodząc do domu, rozrzuca stos i ogień wnet przygasa. Drzewo paliło się na stosie, a pojedyncze polana gasną.

Pewna pani domu nie chciała puścić do kościoła swej służącej murzynki, mówiąc, że i w domu można się modlić. Słuchajcie, co odpowiedziała niewykształcona dziewczyna: „Węgiel tylko wtenczas się pali, jeśligo więcej w kupie, pojedyncze kawałki niewiele dają ciepła”.

Chyba wszyscy przyznajemy słuszność temu powiedzeniu! Każdy z nas czuł nieraz, jak wznosi się w jego sercu ogień pobożności, kiedy z wieloma braćmi śpiewa na klęczkach przed Najświętszym Sakramentem Ołtarza: „…Święty, Święty, Święty!…” lub kiedy z tysiąca wdzięcznych serc płynie triumfalna pieśń: „,Te Deum”, „Ciebie Boga chwalimy!…” Trudno jest prowadzić pobożne życie katolickie, gdy nas jest zaledwie kilku wśród tysięcy innowierców, i odwrotnie, jak potężne ogarnia nas uczucie religijne, kiedy jesteśmy w otoczeniu ludzi przykładnie religijnych!

„W domu, jeszcze się modlę, ale chodzić na mszę? Na to nie mam czasu” – tego rodzaju skargi słyszymy z ust nie ludzi niewierzących, lecz nawet dość pobożnych. Chciałbym dlatego przypomnieć jedną scenę z Ewangelii, a mianowicie: odwiedziny Pana Jezusa w Betanii, u sióstr Marii i Marty. Obie miłowały Pana, a jednak Maria nie pomagała wiernej Marcie i posłudze, lecz została u stóp Pana. Dlaczego Marta jej nie dorównała? Czy dlatego, że prowadziła dom, kuchnię? O nie! I wśród codziennych drobnostek człowiek może stać się świętym! Więc co spowodowało jej opieszałość? To, że codzienne zajęcia zaprzątnęły nie tylko jej ręce, ale i serce, myśli oraz zamiary.

„Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.” (Łk 10, 41) Dziś Pan powiedziałby tak samo (bo i w obecnych czasach pełno jest ludzi podobnych do Marty): Marto, Marto, jakże jesteś roztargniona, podniecona, zdenerwowana! Widzę, że zaczynasz się modlić, lecz – niestety – myśl twoja gdzie indziej błądzi! U sąsiadów! W kuchni! W sklepie! W teatrze!

Bracia! Czy Marta była złą dziewczyną? Broń Boże! Przecież została świętą! Ale za życia Pana Jezusa była jeszcze trochę leniwa i zanadto zajęta ziemskimi myślami!

I dzisiaj jest wśród nas wiele Mart. Ich głowy podobne do centrali telefonicznej, lub hali targowej: swobodnie tam wchodzą i wychodzą myśli światowe – niekoniecznie grzeszne, ale niepotrzebne, ziemskie, światowe! Są między nami Marty, które czytają, co im do rąk wpadnie – niekoniecznie książki złe, lub niemoralne, ale bezwartościowe, próżne, a żadnej książki poważnej, lub religijnej! Są między nami Marty, które bardzo wiele pracują, ale nigdy nie pragną być bliżej Boga i nigdy nie zdobędą się na taki czyn, który by sięgał poza życie ziemskie!

Ale chwała Bogu, że obok Mart żyją i Marie; które zrywają ze „światem” i jego blaskiem, przepychem, muzyką, tańcami, modą, podejrzanym towarzystwem  – i idą śladami Jezusa. Siadają u Jego nóg, a chociaż muszą odejść do obowiązków, do pracy, zawsze pamiętają o Jezusie.
Bracia! W takim usposobieniu wracajmy do domów po niedzielnej mszy świętej. Mam się zabrać do pracy, ale nie zapomnę o Jezusie! Muszę iść do kuchni, ale myśl moja jest z Jezusem! Mam iść do biura, do fabryki, do warsztatu, do szkoły, ale Jezusa nie zapomnę! Trzeba dźwigać ciężary życia, ale w obliczu Jezusa! Tego wszystkiego uczymy się podczas dobrze wysłuchanej mszy świętej.
Chyba teraz już widzimy, jakie korzyści daje jednostkom wysłuchanie mszy świętej w niedzielę!
Drugą zaletą wspólnego nabożeństwa jest jego błogosławieństwo dla społeczeństwa. Zastanówmy się nad nim.

 

II.

Wartość kultu zewnętrznego z punktu widzenia społecznego.

 

1. U jednego rosyjskiego pisarza znajdujemy bardzo pouczające opowiadanie o dwóch chłopach. Zdawało by się, że nie zgadza się ono z moim tematem, a jednak opowiem je teraz, bo nie zbija mojej tezy, ale raczej ją umacnia.

Od wielu lat dwaj rosyjscy chłopi z wielkim zapałem i ochotą przygotowywali się do podróży. Mieli zamiar udać się do Ziemi Świętej. W końcu zebrali potrzebną gotówkę i ruszyli w drogę, która prowadziła przez okolicę, gdzie grasował głód. Jeden z nich wszedł do chaty prosić o wodę i stanął jak wryty, bo zobaczył straszną nędzę. Rozdał zaraz swoje pieniądze i żywność, i pielęgnował chorych, aż powrócili do zdrowia. Zostało mu tylko trochę groszy na powrót do domu i nie pojechał do Ziemi Świętej.

Drugi chłop przybył przez ten czas do Jerozolimy, zwiedzał kościoły i czekał na swojego towarzysza, myśląc, że jeszcze przyjdzie, ale czekał na próżno! W końcu… pewnego dnia…, kiedy się właśnie modlił w kościele Grobu Świętego, zobaczył, że towarzysz podróży, którego zostawił w owej chacie nędzy, modli się blisko ołtarza i jest otoczony dziwnym blaskiem. Chciał na niego zaczekać przy wyjściu, ale na próżno; bo ten zginął mu z oczu. W końcu wybrał się do domu. W drodze dowiedział się o powrocie swojego przyjaciela i zrozumiał, jakie znaczenie miało widzenie, że wsparcie uciśnionych było Bogu milsze od pielgrzymki do Jerozolimy.

Czy was to nie dziwi, Bracia, że to w tym właśnie kazaniu opowiedziałem? Na pierwszy rzut oka wydaje się przecież, że to osłabia moje twierdzenia!
O nie, Bracia! Nasza święta wiara również tego uczy, o czym wspomina krótkie opowiadanie; potrzebny jest zewnętrzny kult boży, ale sam zewnętrzny kult, bez chrześcijańskiego życia i ducha, nie ma znaczenia. Tak, wszystko, co się przejawia na zewnątrz, musi być opromienione miłością Boga i bliźniego.

Życie zewnętrzne i wewnętrzne, kult zewnętrzny i miłość wewnętrzna nie wykluczają się wzajemnie, ale odwrotnie, wspierają się nawzajem, podobnie jak np. liście na drzewie przyczyniają się do istnienia owoców. Miłość Boga jest zielenią życia chrześcijańskiego, a miłość bliźniego owocem. Co powiedział Pan Jezus o drzewie, które nie przynosiło owocu? „Będzie wycięte i w ogień wrzucone”. Czy zyska się więcej owoców, jeśli poobcina się liście?

Nie trzeba zresztą uciekać się do tego rodzaju porównania, bo wystarczy wskazać na świętych, by zrozumieć, że pod wpływem nabożeństw dojrzewa najpiękniejszy owoc miłości bliźniego, że kto kocha Boga, ten miłuje i wspiera bliźniego. Nikt się gorliwiej nie modlił, nie chodził do kościoła i nie komunikował się od świętych. Nikt bardziej nie okazywał zewnętrznego kultu, niż oni. Kto dokonał wspanialszych dzieł miłości bliźniego, jeżeli nie święci? Są wyznania, które zerwały z nieodpowiednimi – jak twierdzą – zewnętrznymi obrządkami. Ciekawy jednak objaw, że w tych właśnie wyznaniach wyschło źródło miłości bliźniego, nie ma tam zakonów, które by pielęgnowały chorych, nie ma zakonnic, które by się opiekowały podrzutkami itd.

Jeśli więc ktoś w ten sposób stawia pytanie: „Czy nie milsze jest Bogu wsparcie biednego, aniżeli półgodzinne siedzenie w kościele?” – to należy odpowiedzieć: tamto trzeba wykonać, a tego nie wolno zaniedbywać!

 

2. Wspólny kult Boga nie tylko nie wyklucza miłosiernych uczynków względem bliźnich, ale nadto posiada jeszcze cenną właściwość, że mianowicie jest społecznym błogosławieństwem , które ma szczególne znaczenie zwłaszcza dla dzisiejszej ludzkości, tak bardzo zróżnicowanej przez stosunki społeczne i zgiełk życia współczesnego.

Zgiełk życia współczesnego! A szczególnie wielkomiejskiego! Nigdzie człowiek nie czuje się tak samotny, jak w wielkim mieście, w stolicy, w Budapeszcie. Kto chce samotnie i spokojnie żyć do śmierci, może to łatwiej osiągnąć przez przebywanie w wielkim mieście, niż wstępując do Kamedułów lub Kartuzów. Czy to kogo obchodzi, że w jakiejś wielopiętrowej, liczącej 200 – 300 mieszkańców kamienicy, mieszka staruszek, albo staruszka, u których story są zawsze spuszczone, którzy rzadko pokazują się na ulicy, których nikt nie zna, ani oni nikogo? Jeśli ktoś chce, może być nieznanym przez całe życie…

Jednocześnie to jest tragedią milionowego miasta, że człowiek może w nim żyć samotnie, ale także i umrzeć zapomniany, i dopiero po kilku dniach natrafią w pokoju na jego trupa. Wielu jest takich ludzi po miastach, którzy nikogo na ziemi nie mają! Sublokatorzy, którzy korzystają tylko z noclegów; biedacy, żywiący się groszowymi obiadami. Taka bezdomność i opuszczenie są źródłem nie tylko rozgoryczenia, ale również i występków. Ciągną tysiącami robotnicy do Pesztu… wszystko do Pesztu. Swoje małe tłumoczki zostawiają gdzieś u dalekich znajomych i w poszukiwaniu pracy rzucają się w ocean wielkiego miasta. Od razu przy pierwszym spotkaniu z wichurą pada wiele masztów. Wielu odważnych ludzi tonie we wzburzonych falach wielkiego miasta! Ciężki jest los człowieka, gdy na bruku wielkiego miasta zostanie osamotniony!

Otóż, Bracia, jeśli tacy ludzie są katolikami, to już nie są samotni. Przychodzi niedziela, i suma w niedzielę! Już nie są samotni. Widzą tysiące, tysiące braci, z którymi razem się modlą przed obliczem wspólnego Ojca. Tu, w domu bożym, wszyscy są równi! Tak: starszemu ustąpi miejsca młodzian, kobiecie –mężczyzna, ale poza tym wszyscy są równi. Dyrektor fabryki modli się razem z robotnikiem, kierownik biura klęczy razem z portierem, hrabina, właścicielka domu – ze stróżką… do wszystkich odwraca się z pozdrowieniem kapłan odprawiający mszę świętą: Dominus vobiscum! Bracia! Niech będzie z wami Pan, nasz Pan Jezus Chrystus! Wszyscy odpowiadają: Et cum spiritu tuo. Również z tobą, Bracie, odprawiający mszę, niech będzie Pan, nasz Pan Jezus.

Bracia! Jaka krzepiąca jest świadomość, że w naszych kościołach, w naszej religii nie ma różnic społecznych, nie istnieje podział na trzy klasy, jak na kolei, bo chociaż przy trumnie jednego nieboszczyka pali się dziesięć świec, a przy trumnie drugiego dwadzieścia, chociaż przy jednym ślubie asystuje dwóch, a przy drugim czterech ministrantów: to nie stanowi różnicy. Istota liturgii, łaska sakramentalna jest udzielana jednakowo wszystkim, ze względu na duszę każdy jest równy wobec Boga.

Na ustach zawiedzionych i rozgoryczonych ludzi pojawia się rozpaczliwa skarga: „Kościół jest również po stronie panów! Kościół również narzuca jarzmo kapitalizmu!” Bracia! Na przyszły rok przy omawianiu dziewiątego Przykazania, obszerniej pomówimy, co należy odrzucić z kapitalizmu, a co należy sobie przyswoić, ale już teraz pytam: gdzie pyszny, uciemiężający biednych, duch kapitalistyczny napotyka na większe rozczarowanie, niż w Kościele katolickim?

Nasza święta wiara co niedzielę, w czasie mszy świętej stawia tuż obok siebie ludzi, których dzielą zajęcia, klasy społeczne, stan posiadania, narodowość, cywilizacja.

Gdybym chciał to określić w sposób nowoczesny, powiedziałbym, że nasze wspólne nabożeństwa są wspaniałą demokracją Chrystusową! Demokracja! Najbardziej nowoczesne hasło! Zawiły problem dzisiejszych czasów! Otóż, Bracia! Kościół w każdą niedzielę rozwiązuje ten problem. Dziś jest „Biała niedziela”, dzień pierwszej Komunii świętej! Patrzcie! Przystępują do Komunii świętej małe dzieci ze szkół. Córeczka fabrykanta klęczy obok córki szofera, obie odziane w biały welon. – Odprawiają pierwszą mszę świętą dwaj młodzi kapłani: jeden jest synem garncarza, a drugi zamożnego właściciela ziemskiego. Obaj jednakowo skłaniają głowy, stojąc na stopniu ołtarza, i mówią pokornie: Mea culpa… Syn garncarza, jeśli się okaże godnym, może kiedyś zostać prymasem, a syn bogatych arystokratów nie będzie biskupem, jeśli nie wykaże warunków odpowiednich. Czy może istnieć doskonalsza demokracja?

Idziemy do kościoła, słyszymy na kazaniu, że niebo jest przygotowane nie tylko dla bogatych, a potępienie czeka nie tylko wyłącznie biednych, nagroda lub kara życia wiecznego spotka wszystkich jednakowo, zależnie od życia, jakie prowadzą: hrabiemu czy zamiataczowi ulic grozi potępienie po życiu złym tak samo, jak królowi, czy cyganowi. Czy może istnieć wznioślejsza demokracja?
Biedny żebrak przystępuje do konfesjonału, otrzymuje rozgrzeszenie, bo żałuje za swoje grzechy; po nim klęka do spowiedzi elegancka dama, i odchodzi bez absolucji, bo nie chciała się wyrzec grzechu. Czy może być wspanialsza demokracja?

Tak, Bracia! O ile tylko można na ziemi wśród ludzi, którzy uginają się pod ciężarem następstw grzechu pierworodnego, wprowadzić zasadę równości, to czyni to Kościół w czasie publicznych nabożeństw.
Otóż i dlatego trzeba chodzić do kościoła. Tak; i na szczytach gór można czcić Boga; i w zamknięciu i w swoim małym pokoiku; modlitwą jest również pomoc, jaką okazuję cierpiącym i nędzarzom, ale, Bracia, wszystko to jest tylko cieniem, wątłym przejawem religijności, w porównaniu ze wspaniałym błogosławieństwem, płynącym ze wspólnych nabożeństw niedzielnych!

 

***

Kochani Bracia! Dzisiejszy człowiek nie lubi myśleć o wiecznych ideach, dlatego pozostaje przez całe życie bezmyślnym niemowlęciem, które się ciągle bawi. Małym dzieckiem, które traktuje życie, jako zabawkę, które z godną podziwu lekkomyślnością przegrywa najświętsze wartości życia: czystość serca, cnotę, honor, życie wieczne. Bracia! Z bólem mówię o tym, ale tak jest: dla wielu ludzi życie jest tylko lekką igraszką, wielu spędza czas na zabawach, w pogoni za barwnymi motylami, lub w gnuśnym lenistwie, bezmyślnie!

Idę gdzieś z wizytą. Dzwonię, otwierają się drzwi, pokojówka mówi: „Państwa nie ma w domu, wyszli”. Bracia! U wielu ludzi skarży się dusza: Tego człowieka nigdy nie ma w domu! Wyszedł. Myśli jego wciąż gonią za przyjemnościami, za pieniądzem, za rozkoszami, zajmuje się wszystkim, tylko nie własną duszą, którą traktuje po macoszemu, nigdy nie potrafi być sobą: nigdy go nie ma w domu! Co za głębia mądrości kryje się w trzech słowach, które święty Bernard napisał do papieża Eugeniusza: „Tuus esto ubique!” Wszędzie bądź sobą! Nie daj się porwać światu aż do tego stopnia, żebyś przestał być sobą.

Czy wiecie już teraz, jaka jest wartość liturgii? Wiecie, jakie znaczenie ma niedzielna msza święta? Uczy nas przebywać u siebie! Jest miejscem wytchnienia na morzu życia!

Na oceanie Atlantyckim w ten sposób chcą ułatwić komunikację samolotową, że w pewnych punktach mają zamiar zbudować wyspy, na których mógłby się zatrzymać lotnik dla wypoczynku i nabrania nowych zapasów i benzyny potrzebnej do dalszej drogi.
Bracia! My, żeglarze po oceanie życia, również musimy odpocząć i nabrać nowych sił. Po codziennych troskach, po mozolnej, całotygodniowej pracy, potrzebny nam półgodzinny wypoczynek, źródło nowych sił: niedzielna msza święta. Jeśli pobożnie modliliśmy się w czasie świętej Ofiary, to z ochotą wracamy do pracy, do naszych obowiązków i śmiało stawiamy czoło wszelkim pokusom, które czyhają na nas w następnym tygodniu.
Dzięki Ci, Chryste, że dałeś Mszę świętą i dzięki Ci, Kościele święty, że nałożyłeś na nas obowiązek Jej słuchania. Amen.

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

November 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3