(O czwartym przykazaniu) Szczęście bez Boga?

 

Kochani Bracia w Chrystusie!

Z końcem ubiegłego roku szkolnego, w czerwcu, wygłaszając z tej ambony ostatnie kazanie, pożegnałem swych słuchaczy, słowami: „Do widzenia po wakacjach, na początku nowego roku akademickiego”.

Wszechmocny Bóg zrządził jednak inaczej. Skończyły się wakacyjne wywczasy, a ja musiałem pójść do łóżka, i zamiast we wrześniu, w listopadzie Ojciec Niebieski pozwolił mi znowu wyjść na ambonę i głosić Jego wolę, to też niech pierwsze moje słowa wyrażą Mu za to pokorne uwielbienie i wdzięczność: Chwała Panu życia i śmierci za chorobę, próby i wiele łask. Dziękuję również z głębi serca wszystkim swoim słuchaczom, którzy w duchu modlili się za mnie, gdy byłem przykuty do loża boleści.

Bracia! Człowiek przywiązany skutkiem choroby do jednego miejsca, ma czas myśleć o różnych rzeczach i wtedy to z drobnostek, na które w normalnych warunkach życiowych nie zwróciłby nawet uwagi, potrafi wysnuć poważne wnioski.

Na pewno każdy z was miał np. takie małe przeżycie, które wam teraz chcę opowiedzieć!

Jesienią, pewnego pięknego poranku siedziałem przy biurku, otworzywszy połowę okna, aby prędzej mogły przeniknąć do pokoju ciepłe promienie słońca. Wtem z pola zabłąkała się pomiędzy szyby osa. Jasny promyk słońca wabił ją ku sobie, więc tłukła się uporczywie raz po raz o szyby, chcąc się wydostać, ale po każdej bezskutecznej próbie padała nieprzytomna między okna. Biedaczka! Nęci ją życie, radość, światło… Obok niej stoi otworem druga połowa okna, przez którą mogłaby natychmiast wylecieć na wolność! Ale ona o tym nie wie, i tam szuka wolności, radości i życia, gdzie go nie może znaleźć!

Kiedy wieczorem podszedłem do okna, by je zamknąć, biedna osa leżała już martwa. Życiem zapłaciła za to, że do światła i szczęścia dążyła niewłaściwą drogą!

W tej chwili, Bracia, pomyślałem o podobnym losie wielu ludzi, którzy są również miłośnikami światła, którzy namiętnie szukają życia i szczęścia, ale dążąc do niego po niewłaściwych drogach, uderzają o szybę, z poza której wabi ich zwodnicze szczęście, a w końcu, o zmierzchu swych dni – na schyłku życia – widząc próżność swych wysiłków, załamują się ostatecznie. Mała osa, która zginęła, szukając szczęścia, jest jakby symbolem losu całego dzisiejszego społeczeństwa.

Gdziekolwiek szukalibyśmy szczęścia, bez Boga nie znajdziemy go nigdy! Oto temat mojego obecnego przemówienia, w którym zapowiadam również dalszy ciąg rozbioru Dziesięciorga Bożych Przykazań. W dzisiejszym kazaniu chciałbym rozwinąć dwie myśli: Po jakich niebezpiecznych drogach szuka człowiek swojego szczęścia, i w jaki sposób może się uratować przed ostateczną zagładą? Czyli

I. Jaką jest nasza choroba? i

II. Czy jest nadzieja wyzdrowienia?

 

I.

Jaką jest nasza choroba?

Kochani Bracia! W zaraniu dziejów pycha opanowała umysł ludzki, człowiek postanowił wznieść wieżę, która by sięgała do niebios. Ale – jak zaznacza Pismo Święte – w czasie budowy Pan Bóg ukarał ludzi, mieszając im języki tak, że jedni drugich nie mogli zrozumieć i ze wstydem musieli odstąpić od budowy wieży Babel.

Czyż całe obecne nasze życie nie przypomina budowy wieży Babel? Na kuli ziemskiej pracuje blisko dwa miliardy ludzi nad budową cywilizacji, której gmach chwieje się, trzeszczy, łamie, i grozi w każdej chwili zawaleniem. Dlaczego? Bo ludzie zbytnio sobie ufali, bo chcieli budować bez Boga, nie uszanowali Jego praw. Wśród tysiąca wysiłków nowoczesnego życia zapomnieli o jedynej wewnętrznej spójni! Układali głazy, nie łącząc ich z sobą. Te głazy, to ludzka praca; a spoiwo – zachowanie przykazań Bożych.

Ufaliśmy naszej wiedzy i technice. Wierzyliśmy w postęp. A jaki jest wynik? Im więcej lamp elektrycznych zapłonęło dzięki technice, tym większa ciemność ogarnęła drogi ludzkości. Im większy postęp w nauce, tym więcej tajemnic w duszy. I jaki wynik? Taki, że umiemy rozsadzać skały, ale nie jesteśmy w stanie ugasić w sobie zarzewia gniewu. Umiemy płynąć pod powierzchnią oceanu, latać w powietrzu, chwytać fale radiowe… ale zapomnieliśmy, co znaczy być wiernym i wyrozumiałym, co znaczy wybaczać i nie ranić cudzych uczuć, być uczciwym i mówić prawdę, kochać i być uprzejmym.

W technice przejawia się zawrotny postęp, ale czy również posunęliśmy się naprzód i w zaletach ducha? Człowiekowi współczesnemu nie wystarcza parowóz, samochód i samolot – chciałby już dzisiaj podróżować rakietą. Czy jednak mimo wszystko życie stało się lepsze, piękniejsze, bardziej ludzkie?

Postępujemy naprzód olbrzymimi krokami, ale ludzie potrzebują dzisiaj nie tyle iść naprzód, ile podnieść się wzwyż! Podnieść się z podłości, egoizmu, nienawiści, fałszu i z tysiąca zmysłowych grzechów! Inaczej postępujemy naprzód bez celu.

Jak małymi wydają się nam zdobycze techniczne naszego stulecia w porównaniu z dzisiejszymi?! Naprawdę, dokonaliśmy zawrotnego postępu! Ale czy w równym stopniu podnieśliśmy się moralnie? Przed stu laty bandyci grasowali po górach, dziś w ekspresach pierwszej klasy; przedtem drzemali na koniu, dziś w eleganckim wozie sypialnym. Oto całą różnica.

Zewsząd dochodzi do naszych uszu muzyka jazzbandu, ale niestety „kierunek jazz” święci swoje triumfy nie tylko w muzyce. Wszędzie, gdzie się obrócimy, widzimy spustoszenie chaosu – jazzu. Czym jest futuryzm i kubizm? Zwycięstwem jazzu w malarstwie. Co oznaczają niezrozumiałe wiersze kilometrowych poematów? Triumf jazzu w poezji. Co jest jednak najsmutniejsze: to otwarte zwalczanie podstawowych praw moralności, czyli triumf jazzu – w etyce.

Bracia! Stańmy w południe około godziny dwunastej w jakimś ruchliwym punkcie stolicy, gdzie ogniskują się tysiące form życia, gdzie pędzą szeregi aut, a w powodzi światła toną wystawy. Stańmy, powiedzmy, w Warszawie, na Krakowskim Przedmieściu. Jak symbol innego świata, wzbija się ku niebu wieża kościoła, a u jej stóp kipi wrzawa życia. Mój Boże! Kiedy stoję w świetle lampy łukowej, zadaję sobie pytanie: czy ci ludzie wiedzą, że mają duszę? Bo uganiają się tylko za pieniądzem i chlebem. Czy zdają sobie sprawę z tego, że kiedyś będą musieli zdać rachunek ze swojej duszy, o którą wcale się nie troszczą?!

Chrześcijaństwo wyparło ze świata poganizm, ale gdy człowiek rozejrzy się bacznie, widzi z przerażeniem, że nowy poganizm toruje sobie drogę.
Patrzmy, co się dzieje w pobliskiej Austrii. Pracują tam całe zorganizowane zastępy, żeby jak najwięcej ludzi odciągnąć od Kościoła katolickiego, żeby ustawowo zhańbić chrześcijańskie pojęcie małżeństwa i macierzyństwa, żeby ludzie nie grzebali zwłok zmarłych według zwyczaju Kościoła, ale żeby je palili. Ten antychrześcijański obóz zwrócił się do rady miasta Wiednia z prośbą, żeby w dzień Bożego Ciała, w czasie procesji katolickiej, mógł na tych samych ulicach i o tej samej porze urządzić pochód bezbożników.

Oto, Bracia, w takim się znajdujemy położeniu. Tak męczy się zbłąkana między szybami okna osa, tak szuka szczęścia i życia błądzący człowiek.
Ale to tylko pierwsza część naszych myśli: rozpoznanie mrożącej krew w żyłach choroby, smutna diagnoza. Zobaczymy teraz, jak się przedstawia terapia, jaki jest sposób leczenia, gdzie szukać lekarstwa, i czy jest nadzieja wyzdrowienia?

 

II.

Czy jest nadzieja wyzdrowienia?

A) Przychodzą pesymiści i, zniechęceni, mówią: Nie ma ratunku! Tu już nie ma żadnej nadziei! „Świat jest zły! Daremny jest wszelki wysiłek! Nie można zmienić ludzi!”

Tak mówią pesymiści. Jaką mamy dać odpowiedź?

Pewnego razu w obecności świątobliwego, nieżyjącego już dziś biskupa Białogrodu, mówiono coś podobnego. Pod koniec jego ofiarnej pracy apostolskiej jeden z jego znajomych powiedział: „Wasza ekscelencjo! Na nic się nie zda Wasza olbrzymia i pełna poświęcenia praca! Świata zmienić nie można!” Biskup Prohászka odpowiedział tylko tyle: „Więc i pan tak mówi? Widzę, że jeszcze więcej będę musiał pracować!”

Tak! Chociaż okropnie jest zniszczone oblicze świata, choć koło nas sroży się ciemne, straszliwe panowanie grzechu, nie bądźmy jednak słabymi i małodusznymi pesymistami!

Przychodzi mi na myśl wypadek z życia Napoleona I. Armia jego obozowała na Wschodzie. Morowa zaraza zaczęła grasować w wojsku. Wymierały całe plutony… W sercach reszty żołnierzy zagnieździły się strach. Oficerowie przychodzą do Napoleona z prośbą, by dał rozkaz odwrotu, bo dalszy pochód prowadzi do niechybnej śmierci. Cóż na to wódz? Przechodzi spokojnie przed swoimi szeregami, rozmawia z każdym, krzepi swoją obecnością i nagie wyrywa się z piersi żołnierzy okrzyk. Niech żyje cesarz! Siła choroby załamała się w tej chwili.

Oto, do czego może doprowadzić ludzka wola! Jeśli tak, to czy powinniśmy się lękać? My, którzy walczymy o sprawy boże! Szeregi boże również dziesiątkuje niewiara j zaraza niemoralności, ale my, którzy głosimy słowo Pana, rozporządzamy nie tylko wolą ludzką, ale i pomocą bożą.

Niedawno czytałem ciekawe spostrzeżenie, a mianowicie, że: im kulturalniejszy jest dany naród, tym ma większą liczbę samobójców, zaś im większa jest ilość analfabetów w danym narodzie, tym mniejsza jest liczba samobójstw. Warto się nad tym zastanowić. Co robić? Niech zginie kultura? Wrócić do stanu barbarzyństwa? Nie! Musimy przyznać, że potrzebna jest

B) Zadaję teraz pytanie: czy jest nadzieja wyzdrowienia? Jest: jeśli wrócimy do Przykazań Bożych . Niestety muszę zaraz dodać: dziś wyjątkowo trudno do nich wrócić! 

1. Bracia, co utrudnia powrót? Aby zachować Boskie Przykazania, potrzebne są pewne warunki ludzkie, a nie chcę zamykać oczu przed straszną prawdą, że dzisiaj często brak tych warunków. Człowiek wpierw jest człowiekiem, potem dopiero: chrześcijaninem, a na koniec: człowiekiem doskonałym. 

Ale dziś, niestety, w wielu wypadkach należałoby życie uczynić bardziej ludzkim, żeby je później móc zrobić bardziej chrześcijańskim. Nie jesteśmy deterministami, ani zwolennikami „teorii milieu”, według której całe życie człowieka jest wynikiem warunków społecznych i gospodarczych, ale chociaż nie podzielamy tego zapatrywania, dobrze wiemy, że warunki gospodarcze wywierają olbrzymi wpływ na życie moralne człowieka. W przyszłą niedzielę rozpocznę mówić o V Przykazaniu. Nie zabijaj; nie niszcz życia dziecka, szanuj je, kochaj! – I usłyszy się gorzkie zarzuty: za mało zarabiam, nie mam porządnego mieszkania! Nie pojedynkuj się! Tak? Więc mam z powodu sądu społeczeństwa utracić honor, stanowisko? 

Będę mówił o VI Przykazaniu: bądź czysty! Nastąpią pełne goryczy skargi: jak to? Mam żyć w czystości w tym zepsutym do szpiku kości świecie, gdzie wszyscy popierają rozpustę? 

Każdy widzi, Bracia, ile przeszkód napotyka życie chrześcijańskie, do jakiego stopnia nasze obecne warunki, nasze społeczeństwo, nasz sposób myślenia pełen jest pojęć, przesądów i instytucji, które zwalczają Dziesięcioro Bożych Przykazań! Dlatego potrzeba dzisiaj nadzwyczajnych wysiłków, by je zachować. 

2. Ale właśnie dlatego proszę moich kochanych słuchaczy, żeby z ofiarną gotowością wiary brali udział w moich kazaniach, bo wśród nas jest dużo głuchych, a nawet głuchoniemych. Kto się do nich zalicza? 

Przed przyjęciem chrześcijaństwa każdy jest właściwie głuchoniemy duchowo, bo nie otwiera ust, ani uszu na prawdy wiary. Stąd wywodzi się głębokie znaczenie ceremonii sakramentu chrztu, podczas której kapłan dotyka uszu dziecka, mówiąc: „Epheta!” – co znaczy: otwórz się! Niektórzy chrześcijanie, niestety, i pomimo chrztu pozostają głuchymi i na próżno uczęszczają na kazania. Nie wystarcza bowiem słuchać kazań dwoma uszami, tu potrzeba trzech uszu. Obok dwu cielesnych, konieczne jest ucho trzecie: Gotowość duszy na pokorne przyjęcie prawd bożych. Potrzeba jeszcze dziecięcej wiary. 

Bracia! Nie jestem tylko kaznodzieją! Ja jestem czymś znacznie więcej: Narzędziem Słowa Bożego! To za mało, jeśli moi słuchacze będą mnie tylko rozumieli, muszą mi wierzyć. Nawet i to nie wystarcza! Wszystko, co usłyszą, muszą urzeczywistnić w życiu! Tak, urzeczywistnić! 

Jeśli to jest istotą naszych kazań, to teraz już wiemy, dlaczego tak bardzo potrzeba nam trzeciego ucha: dziecięcej wiary, i dlaczego tylko znikoma garstka odnosi korzyść z kazań. Należy słuchać kazania z dziecięcą wiarą! Jakże żywe są w tym świetle słowa Pana Jezusa: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego.” (Mt 18, 3), to znaczy do nieba prawd katolickiej wiary! 

C) Czy więc jest nadzieja wyzdrowienia? Jest, jeśli z dziecięcą wiarą nauczymy się słuchać Słowa Bożego. Jest, jeśli odważymy się żyć ściśle i konsekwentnie według Przykazań Bożych. Jest, jeśli z optymizmem, pewni siebie, odważymy się rzucić światu okrzyk: Choć oblewa nas morze zła, nie tracimy jednak ufności! 

Dużo się dzisiaj mówi o mniejszościach i polityce mniejszościowej. Gdybym chciał być szczery, musiałbym powiedzieć: Bracia, jesteśmy mniejszością! Rozglądnijmy się naokoło siebie. Mniejszością są ludzie posłuszni prawu bożemu, mniejszością są dzienniki głoszące idee chrześcijańskie. W teatrze, w kinie, w dziełach literackich myśl chrześcijańska jest mniejszością. A jednak! 

Na starych sztychach wyobrażających miasta, dom boży, kościół wzbija się najwyżej, a siedziby ludzkie z miłością tulą się do niego. Dawniej Bóg był ośrodkiem, najważniejszy był dom boży, w nim skupiały się wszystkie wartości. Dziś kawiarnie lśnią marmurami, w kinach widać dzieła sztuki, dziś cieszymy się, jeśli potrafiliśmy zebrać trochę pieniędzy na drewniany ołtarz tymczasowej kaplicy. Niestety, tak jest… A jednak! 

A jednak wiemy, że od tysięcy lat trwające nawałnice nie obaliły Góry Synaj! A jednak wierzymy, że zawsze znajdą się ludzie, którzy stojąc w zamęcie tej strasznej apostazji, wierzą niezachwianie w Chrystusa. Wierzymy, że i dziś znajdzie się zespól ludzi, którzy pragną całą duszą słuchać praw bożych i według nich urządzić swoje życie! Prawda, Bracia, że będziemy takim zespołem! Wiem, że gdybyśmy konsekwentnie zachowywali Przykazania Boże, musiałaby nastąpić rewolucja! Mamy zatem dokonać rewolucji; rewolucji w obronie praw Boga, w przeciwnym razie szatan zrobi rewolucję! 

Doszliśmy do końca kazania. A teraz odmówmy „Ojcze nasz”. Ale „Ojcze nasz” takie, jakie wyrywa się z ust dzisiejszego człowieka, który błądząc, szuka szczęścia! (według Sonnenscheina) 

Ojcze nasz! Ojciec? Więc mam w niebie Ojca? Przecież tu, na ziemi tylko bezlitośnie wypiera jeden drugiego! Tu na ziemi tak mało ludzi było dla mnie dobrych. A teraz Tobie, Boże, mogę powiedzieć: Ojcze mój! O, jakie nieznane dotąd ciepło przenika moją duszę! 

Ojcze nasz, który jesteś w niebie! O, jak daleko jest to niebo stąd od nas, od naszych wielkich miast! Nie dochodzi do naszych mieszkań nawet promień słońca. Nie dla nas świecą gwiazdy na niebie. O, jakże daleko od nas niebo, jak bardzo cofnęła je w mrok zapomnienia walka o kawałek chleba! To zupełnie inna kraina, z którą nie mamy styczności! Wprawdzie byli święci, którzy się tam dostali, ale my możemy najwyżej gonić za nimi smutnym wzrokiem, jak za odważnymi lotnikami. O, gdyby niebo zniżyło się do nas! 

Święć się Imię Twoje! Ach! Któż koło mnie święci Imię Twoje? W tym koszarowym budynku, gdzie mieszkam razem z 200 – oma lokatorami, kto troszczy się o Ciebie, kto święci Imię Twoje? Ile tam brudu, ile grzechu! 

Przyjdź Królestwo Twoje! O, przyjdź, bo my, ludzie, dziś, po dwóch tysiącach lat tak mało wprowadziliśmy w czyn Twe święte myśli! Bo dziś chrześcijanami mienią się tacy, którzy nawet nie są godni nazwy pogan. Jeśli Królestwo Twoje nie zapanuje wśród nas, zginie życie duszy.

Bądź wola Twoja w niebie i na Ziemi. W niebie – przecież tam nie ma buntu, tam wszystko dzieje się według Twojej woli. Tam wola Twoja jest świętą. Ale człowiekowi, mieszkańcowi ziemi, dałeś tajemniczy dar: wolną wolę. Zna on Twoje Przykazania, ale może być buntownikiem… może? – Zobaczmy, co się dzieje! Oto podnosi czoło przeciw Twoim Przykazaniom. Czy może tak uczynić? Spójrzmy tylko naokoło!

Chleba naszego powszedniego daj nam dziś. Tak: Bo jesteśmy skrępowani materialnie, bo od rana do nocy pracujemy w krwawym pocie, byle żyć. Do tego stopnia troszczymy się o byt, że zapominamy o wszystkim, co nie jest ziemskim chlebem.

I odpuść nam nasze winy… bo mamy wiele grzechów! Nie możemy wszystkich naszych wad przypisać otoczeniu, dziedziczności, ani pokusie. Prawda: łatwo jest i duchowo pośliznąć się na wielkomiejskim bruku. Prawda, że staliśmy się, w dziedzinie złych duchowych skłonności spadkobiercami mnogich wad po naszych przodkach. Prawda, w nędznych mieszkaniach, w dymie fabryk więdnie nie tylko kwiat, ale i dusza, ale czuję, że i ja jestem winien! Mogłem zostać białą lilią, mimo wielkomiejskiego błota. Mój pokoik na poddaszu mógł stać się kaplicą, głos organów mógł brzmieć na chwałę bożą i wśród gwizdu fabrycznych syren. Więc wybacz nam, o Panie, bo zgrzeszyliśmy przeciwko Tobie!

Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom! Ty odpuściłeś nam nasze milionowe długi, więc i nam wypada odpuścić naszym dłużnikom, współbraciom, groszowe należytości. I my powinniśmy być oględni, wyrozumiali, pobłażliwi, wybaczający.

I nie wódź nas na pokuszenie, bo chcemy zostać chrześcijanami, Twoimi synami – nawet wśród burz przewrotnego świata! Synami – nawet wśród cynicznego neopogaństwa! Synami, dla których święte są Twoje Przykazania! Może nigdy, nawet w czasach starochrześcijańskich, nie było trudniej zachować w życiu konsekwentnie zasady chrześcijańskie, niż dzisiaj w zaraźliwej atmosferze wielkiego miasta. Więc nie wódź nas na pokuszenie.

Ale nas zbaw od złego, od wszelkiego złego, którego fale unoszą się tuż, tuż nad naszymi głowami. Ale my jesteśmy niezachwiani! Walczymy dalej! Jesteśmy wierni Twoim Przykazaniom, bo Ty jedynie jesteś Panem, Moc ą , Ty jedynie jesteś naszym Panem Bogiem i Ojcem. Amen.

 

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

September 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1