(O piątym przykazaniu) O obronie ludzkiego ciała

 

Kochani Bracia w Chrystusie!

W ubiegłą niedzielę rozpocząłem omawianie V Przykazania Boskiego. Wspomniałem, że dwa króciutkie słowa: „Nie zabijaj!”, biorą w obronę zarówno ciało naszych bliźnich, jak i nas samych. Wykazałem, ile to aktualnych problemów należy roztrząsnąć w świetle V Przykazania, by móc skutecznie bronić życia naszych bliźnich. Zastanawialiśmy się, czy wszystkie nasze ludzkie instytucje, zwyczaje społeczne zgadzają się z przepisami tego Przykazania. Czy nie ma w życiu społecznym, prawnym i ogólnoludzkim postanowień lub dążeń, sprzeciwiających się duchowi V Przykazania?

W zeszłym kazaniu, Bracia, staraliśmy się odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania. Jedno dotyczyło zagadnienia kary śmierci, drugie zaś zabijania nieuleczalnie chorych bez cierpień, czyli tzw. z grecka „eutanazji”.

Dzisiaj czekają wyjaśnienia dwie myśli. Obie na czasie, obie tak palące, że wszyscy musimy sobie jasną z nich zdawać sprawę.
Pierwsza należy bez wątpienia do bardzo trudnych zagadnień, jest to mianowicie zezwolenie na prowadzenie legalnej wojny.

 

I.

Wojna.

Nie zabijaj!” – mówi Przykazanie Boże. Ale, w takim razie, co sądzić o wojnie? Takie pytanie zadają sobie ludzie, na które nie tak łatwo odpowiedzieć. Bo chociaż poważne rozumowanie doprowadzi nas do przekonania, że chrześcijańska moralność, zezwalając na tzw. „sprawiedliwą wojnę”, jako na ostateczny środek prawnej obrony, nie sprzeciwia się Przykazaniu Bożemu, jednak, Bracia, wszyscy czujemy, że problem wojny nie łatwo rozstrzygnąć.

a) Nie trudno o dowody, które w pewnych wypadkach usprawiedliwiają wojnę. Jeśli jednostka ma prawo bronić się przed napastnikami, ma do tego prawo naród. Ostatecznie, jakiż naród, chociażby był wyjątkowo pokojowo usposobiony, może żyć w spokoju, jeśli mu na to nie pozwalają zazdrośni sąsiedzi. Obowiązkiem narodu jest bronić swoich praw. Posiada on nawet prawo odzyskania zrabowanych ziem. 

b) Przy omawianiu zagadnienia wojny trzeba zwrócić uwagę i na fakt, że wojna wybucha często jakby na skutek parcia sił naturalnych, których nikt nie może powstrzymać. 

We wspólnym życiu narodów jest mnóstwo tarć, odmiennych poglądów, które powodują coraz to silniejsze napięcie, aż w końcu doprowadzają do wybuchu wojny, za które jednostki nie są odpowiedzialne. Można nad tym ubolewać, smucić się, ale fakt pozostanie faktem. Są naturalne siły, których wybuch jest szkodliwy, przynosi zniszczenie, a którym zapobiec nie możemy. Stoimy wobec nich bezradni, jak wobec piorunu, gradu, lub trzęsienia ziemi… Takimi uderzeniami piorunu, gradu, trzęsienia ziemi w życiu narodów są wojny, których każdy się boi, które wszyscy potępiają, których powstrzymanie jednak nie leży w naszej mocy. 

Tak się sprawa przedstawia, ale mimo to, Bracia, nikt nie może zaprzeczyć, że groza wojny jest hańbiącą plamą na ciele ludzkości i dowodzi braku prawdziwego chrześcijańskiego ducha! Ten, kto w czasie wojny walczył na froncie, nie potrzebuje dalszego tłumaczenia, a jeśli kto nie zna wojny, niech popatrzy na mrożący krew w żyłach obraz malarza rosyjskiego, Wereszczagina. Nad olbrzymią piramidą głów, roztrzaskanych czaszek poległych żołnierzy na wojnie… nad tą okropną piramidą krążą stada kruków… 

O, Bracia! Straszną rzeczą jest wojna! Jest nieszczęściem i okropnością nawet wtenczas, kiedy jest uprawniona, kiedy jest potrzebna… Świadczy o braku ducha chrześcijańskiego i napełnia smutkiem Serce Chrystusa Pana, który przelał Swoją krew za wszystkich ludzi. Zasadniczo nasza święta wiara musi uznać konieczne, naturalne prawo narodów do samoobrony i do szukania satysfakcji, ale z drugiej strony, Bracia, nasza święta wiara całą siłą tak pragnie wychowywać narody, żeby nigdy nie zachodziła potrzeba tej samoobrony i odwetu. Im głębiej zasady chrześcijańskie przenikną narody, tym rzadziej będzie zachodziła potrzeba wojny! 

Powiesz jednak: „Chrześcijaństwo pracuje już dwa tysiące lat i mimo to wojny były zawsze!” 

Tak, były, ale czego to dowodzi? Dowodzi, jak bardzo trudno jest pchnąć moralność choćby o włos naprzód. Świadczy o tym, jak mało chrześcijańskie są dzisiejsze narody! Świadczy, że Ewangelię czeka jeszcze olbrzymie zadanie wychowawcze w ciągu przyszłych wieków. 

Wojna jest straszną klęską. Oby narody mogły na zawsze żyć bez wojen! 

Ale, kochani Bracia! Jeśli nasza etyka z ubolewaniem wprawdzie, ale jednak w ostatecznych wypadkach, uznaje prawo wystąpienia zbrojnego poszczególnych narodów, to może być mowa tylko o prawie obrony narodu, ale nigdy poszczególnych jednostek! Wojna w wyjątkowych wypadkach może być dozwolonym sposobem dochodzenia praw w rękach całego narodu, ale nigdy nie można zezwolić na wystąpienie dwóch uzbrojonych jednostek, które w ten sposób chcą załatwić istniejący między nimi spór. 

Doszliśmy zatem do drugiego tematu, który chciałbym dzisiaj omówić: do pojedynku. 

 

II. 

Pojedynek. 

A) Co sądzić o pojedynku? i B) jak możemy przeciwdziałać pojedynkowi? Na te dwa pytania chciałbym dziś dać odpowiedź. 

A) Co sądzić o pojedynku? 

Powszechnie wiadomo, że Kościół katolicki zalicza pojedynek do grzechów, które sprzeciwiają się V Przykazaniu, a tych, którzy w pojedynkach biorą udział, karze ekskomuniką. Trzeba jednak poznać przyczyny tego surowego stanowiska Kościoła. Mianowicie poznać te logiczne przesłanki, dla których nie tylko nasza święta wiara, ale również i rozsądni wyznawcy innych religii, potępiają pojedynek. Potępiają, bo 1) pojedynek jest niedozwolonym i 2) niedostatecznym sposobem obrony czci. 

1) Pojedynek jest niedozwolonym środkiem obrony honoru. 

a) Nie jest dozwolonym środkiem po pierwsze dlatego, że poważny pojedynek w skutkach swoich jest nieproporcjonalnie większy, niż miara wymaganej satysfakcji. Rozważmy bliżej tę myśl. 

Jeśli potępiamy pojedynek, nie znaczy to, że nie znamy tych trudnych sytuacji, w jakich może postawić niejednego dzisiejsza błędna opinia publiczna. Bierzmy dla przykładu położenie oficera, którego żonę, bez żadnych powodów z jej strony, obraził jakiś źle wychowany człowiek. Oficer przywołuje go do porządku. Ten w odpowiedzi wyciąga bilet wizytowy, a drugiego dnia zjawiają się sekundanci, i strony stają na placu. „Muszę się bić – mówi oficer – inaczej opinia publiczna uniemożliwiłaby mi życie”. Więc biją się. A może jeden z nich zostanie nieszczęśliwym kaleką na całe życie, albo padnie trupem, a wdowa i sieroty przywdzieją po nim żałobę. 

Pytam teraz, Bracia, dlaczego jeden z nich musiał zginąć? Dlaczego? Czy tak wielka była obraza, że wymagała aż krwi, śmierci? Że wymagała aż ludzkiego życia, największej ofiary, jaką ktokolwiek może na ziemi ponieść? Gdzie tam! Tego domagała się nie obraza, tylko tzw. „opinia publiczna”. Ona to wymaga tego, czego zabrania zdrowy rozum, naturalna etyka, chrześcijańska moralność i V Przykazanie Boskie. Czegoż one zabraniają? Zabraniają, by się mścić śmiercią za doznaną krzywdę. Śmierć! Jakaż to okropna ofiara! Chociażby nie wiem jak wielką była obraza, za którą opinia domaga się życia ludzkiego, czyli najwyższego naturalnego dobra, jakie człowiekowi mógł dać tylko Bóg – jest to przesada niedozwolona, rzecz grzeszna! 

„Przepraszam! – odzywa się ktoś. – Dzisiejsze pojedynki już nie są tak okropne! Jeśli idą na szable, to głowy przeciwników ledwie widać spod osłony. Jeśli na pistolety, to lufa jest krzywo wkręcona, a nabój z czekolady…” 

Wszystko jedno, Bracia! Taki pojedynek nie byłby naprawdę rzeczą groźną, ale mimo to jest to sprawa za duża, by można z niej żartować. 

Ktoś może być zdania, że podobnymi zabawkami uratuje swój honor, ale Kościół w rzeczach zasadniczych nie uznaje żartów i nie może pozwolić na takie zabawki: na zabawki i na żart z życia. 

b) Niedozwolony jest pojedynek i dlatego, ponieważ jest ściśle związany z nieludzkimi dziwactwami, z których człowiek dzisiejszy drwi pogardliwie, a których nawet nie może już zrozumieć. Dziś żyjemy pod opieką prawa i z przerażeniem wspominamy czasy, kiedy panowało prawo pięści i zemsta krwi. Czyż pojedynek nie jest wyrafinowanym wydaniem prawa pięści? Tu zwycięża również nie sprawiedliwość, ale siła i zręczność. Przerażeniem napełniają nas średniowieczne tzw. sądy boże, w których trzeba było kuszeniem Boga udowadniać swoją niewinność: boso przechodzić po rozpalonych węglach, albo wkładać rękę do gorącej wody i nie sparzyć jej. Ten, kto się pojedynkuje, czyż nie tak samo powierza swój los grze przypadku? 

2) Pojedynek nie tylko, że jest niedozwolonym, ale również i niedostatecznym środkiem obrony honoru. 

Cokolwiek by kto sądził o pojedynku, na tym punkcie bezwarunkowo zgodzi się z nami, ż e pojedynek wcale nie rozstrzyga, która ze stron walczących jest uczciwa, lub po czyjej stronie słuszność . Jest to rzecz jasna! Jeśli jedna strona pokaleczyła drugą, dowiodła tym najwyżej swojej większej zręczności, ale czy dowiodła, że jest bardziej uczciwą? Nie ten zwycięża, po czyjej stronie jest prawda, lecz ten, kto ma silniejsze nerwy, albo kto się lepiej wyuczył szermierki.

Czyż nie jest mylnym zapatrywanie, które środkami tak wysoce niedostatecznymi szuka obrony obrażonej czci?! Zastanówmy się tylko poważnie nad tą sprawą. Możliwe są trzy wypadki:

a) Obie osoby wyjdą ranne. – Więc, która z nich otrzymała satysfakcję?

b) Zostanie raniona strona niewinna, osoba obrażona. – Gdzież tu satysfakcja?

Znamienny wypadek zdarzył się raz w Bordeaux. Pewien ulicznik, który świetnie władał bronią, założył się ze swoim kolegą, że na publicznym corso zaczepi młode małżeństwo: męża uderzy w twarz, a żonę pocałuje. I dokonał tego! Powstał oczywiście pojedynek, w którym mąż został zabity. Powiedzcie, czy człowiek o zdrowym rozsądku może bronić instytucji tego rodzaju?!

c) Trzeci wypadek może zajść wtedy, gdy obrażający faktycznie został ukarany. Ale przypatrzmy się bliżej, czy rzeczywiście można w ten sposób wynagrodzić krzywdę, wyrządzoną na honorze?

Honor! Jakież to cenne słowo! Niczym niezastąpiona wartość! Niestety, jakież błędne pojęcia ma o nim opinia publiczna! Nie tak dawno, bo przed kilkoma laty zdarzyło się, że dwaj młodzieńcy z dobrej rodziny napadli na listonosza, którego chcieli obrabować z pieniędzy. W sądzie zeznali, że mieli pilny „honorowy” dług, i w tym celu urządzili napad. Oto, jak niektórzy pojmują honor!

Niedawno znów czytaliśmy w gazetach o sądowej rozprawie pewnego pana, słynącego z częstych pojedynków, który, bez skrupułów fałszował weksle, a nawet koszta pojedynków opłacał fałszywymi wekslami. Ale za to był gentelmenem bez zarzutu – bo się pojedynkował! Czy nie jest wystarczającym dowodem i ten rażący fakt, że blizny otrzymane w pojedynku jeszcze nikogo nie uczynią gentelmenem, ani uczciwym, że może się ktoś co dzień wykwintnie stroić, nosić okulary w cennej oprawie, mieć idealnie zaprasowane spodnie i w ciągu roku 4 – 5 pojedynków, a niekoniecznie być uczciwym człowiekiem, bo uczciwość, to wewnętrzna wartość, to moralność bez zarzutu? Nie z zewnątrz pochodząca zniewaga i potwarz pozbawiają nas więc honoru, lecz niemoralność, wynikająca z naszego własnego postępowania. Honoru nie można stracić na skutek obrazy, ani zyskać go z powrotem przez użycie brani – oto chrześcijańskie pojęcie!
Bracia! Tak się przedstawia pojedynek z punktu widzenia zdrowego rozumu i chrześcijańskiej moralności.

Nie wolno jednak poprzestać na samych tylko wiadomościach o pojedynku. Pojedynek zdarza się jeszcze dzisiaj mimo wszystko, i utrzymuje się jak niezrozumiały anachronizm, przekazany przez tradycję. Istnieje, więc nie wystarcza go potępiać, ale należy z nim planowo walczyć i pracować nad jego usunięciem.

Postawię zatem pytanie:

B) Jak można zwalczać pojedynki? Co powinniśmy robić, jako ludzie myślący kategoriami chrześcijańskimi, żeby mania pojedynków wygasła jak najprędzej?

1. Przede wszystkim, niech każdy zachowuje się tak, żeby nie dać sposobności do pojedynku.

a) Tak, Bracia! Nie wolno się pojedynkować. Ale z tego wynika, że należy cenić honor naszych bliźnich. Nie obmawiajmy drugich, nie krzywdźmy, nie zachowujmy się w stosunku do nich wyzywająco. Uważam również, że jeśli ktoś przez lekceważenie obraził drugiego, a wyzwany na pojedynek odpowiada: „Moje religijne przekonania nie pozwalają mi się pojedynkować…” jest tchórzem, a nie człowiekiem religijnym, bo religia zabrania nie tylko pojedynku, ale i obrazy!

Opowiem wam jeszcze autentyczny wypadek. Pewien kawaler z błahych powodów pokłócił się z jakimś żonatym panem i wyzwał go na pojedynek. Przyjaciele uspokajali go, lecz on ciągle powtarzał: „Nie mogę darować obrazy bez satysfakcji… utraciłbym swój honor”. Doszło do pojedynku, wystrzałem z pistoletu zabił swojego przeciwnika i wydarł rodzinie ojca. Ale honor został uratowany! Jego dobrzy znajomi w ten sposób go tłumaczyli: „Cóż on winien, że ma tak wielkie poczucie honoru?”

Wielkie poczucie honoru przejawia się wtenczas, gdy ktoś jest wrażliwy nie tylko na własny honor, ale i na honor drugiego! A zwykle bywa tak, że ci, którzy są wrażliwi na swój honor, bardzo lekkomyślnie narażają na obrazę cześć innych. Chrześcijaństwo uczy poczucia honoru własnego i bliźnich – zarówno w towarzystwie, w naukowych dysputach, w biurze, jak i w polityce.
Czy przyczyną pojedynku jest poczucie honoru? – Nie! O ileż by to było między ludźmi mniej kłótni, sprzecznych poglądów, czyli powodów do pojedynków, gdyby w sercach żyło prawdziwe poczucie honoru.

Kto nie chce się pojedynkować, niech nikogo nie obraża! Niech nie pozwala, by w jego obecności obmawiano innych. A jeśli znajomi się pokłócili, niech załagodzi ich gniew, a nie rozpala go jeszcze bardziej. Przecież powszechnie znaną rzeczą jest, że przyczyną pojedynku są po największej części sekundanci.

b) „Ależ proszę! Łatwo przy biurku, nad książkami w ten sposób medytować! Ale co innego utrzymywać stosunki, działać politycznie, społecznie. Takie twarde poglądy uniemożliwią wszystko… Bez pojedynku nie ma wyjścia!…”

Jest, Bracia! Zaraz powiem, że to możliwe. Nie sądzicie chyba, że Jerzy Washington, wielki syn Stanów Zjednoczonych, nie brał udziału w życiu publicznym! Otóż on, jako młody oficer, wdał się w ostrą kłótnię z jednym ze swoich kolegów. Zaczepiony uderzył Washingtona tak silnie, że ten upadł na ziemię. Wszyscy byli przekonani, że sprawa zakończy się pojedynkiem; ale Washington, wiedząc, że sam spowodował awanturę, następnego dnia przyszedł do kolegi i zwrócił się do niego z tymi słowami: „Mylić się, jest rzeczą ludzką. Wczoraj postąpiłem niesprawiedliwie w stosunku do pana, i pan sobie za to sam wymierzył sprawiedliwość. Jeśli pan uważa, że to wystarcza, bądźmy nadał przyjaciółmi. Podaję panu rękę”. Uścisnęli sobie dłonie i od tej chwili zostali serdecznymi przyjaciółmi aż do śmierci.

Tak, Bracia! Jeśli w chwilach gniewu kogoś obrazimy – bo jesteśmy ludźmi – to postąpimy bardziej po męsku, jeśli przyznamy się do winy i poprosimy o przebaczenie, aniżeli, gdy wyrządzoną niesprawiedliwość powiększymy jeszcze przez zbrodnię i przelew krwi. Prosić o przebaczenie! Obyśmy się nauczyli tej zapomnianej cnoty! Obyśmy uwierzyli, że nie ma bardziej imponującego widoku nad ten, kiedy mężczyzna przeprasza za swój błąd, albo wybacza wyrządzoną krzywdę!

2. W jaki sposób moglibyśmy jeszcze przeciwdziałać pojedynkom? Pojedynek, to zwyczaj przekazany przez poprzednie wieki. Wywodzi się z czasów, kiedy z powodu braku praw – każdy musiał sam sobie wymierzyć sprawiedliwość. Dziś istnieją prawa i dlatego nikt nie może być sędzią samego siebie. Musimy wprawdzie przyznać, że prawna obrona honoru pozostawia dużo do życzenia, ale te luki będziemy mogli wypełnić dopiero wtedy, gdy jednostki przodujące w życiu publicznym coraz liczniej b ę d ą stawały w szeregach wyznawców nauki Kościoła, gdy w żadnych okolicznościach nie pozwolą na pojedynek, ale za obrazę będą żądały kary sądowej.

Wiem dobrze, Bracia, że w dzisiejszych czasach ludzie religijni mogą się znaleźć w położeniu bez wyjścia. Odmawiając bowiem pojedynku, mogą się narazić na napiętnowanie przez pewne sfery klubowe mianem tchórza, lub na lekceważącą pogardę. Ale pozwólcie, że zapytam: kto jest tchórzem? Czy ten, kto w najcięższych nawet okolicznościach ma odwagę trwać przy swoich wewnętrznych przekonaniach, kto nie pojedynkuje się i jest zdecydowany stanąć do walki z bezsensowną modą; lub ten, kto pod wpływem terroru zakłamanej opinii, wbrew wyraźnemu głosowi swojego sumienia wyrzeka się nauki wiary i rozumu, i bierze udział w pojedynku?!

Czy jest tchórzem ten, kto się nie pojedynkuje? Jeśli tak, to czym wytłumaczyć, że najwybitniejsi wodzowie i królowie byli przeciwnikami pojedynków i ostro je zwalczali. Król szwedzki, Gustaw Adolf, na pewno nie był tchórzem? A jednak zabronił pojedynków swoim żołnierzom. Kiedy pewnego razu pokłóciło się dwóch jego wyższych oficerów i prosili króla o pozwolenie na pojedynek, ten odpowiedział: „Pragnę być osobiście świadkiem waszej odwagi. Podajcie czas i miejsce pojedynku”. Na oznaczone miejsce przybył król, otoczył wojskiem oficerów, którzy mieli się pojedynkować i rzekł do nich: „Teraz możecie walczyć dotąd, aż jeden z was padnie; drugiemu każę ściąć głowę”. To poskutkowało. Obydwaj oficerowie podali sobie ręce.

Tak! I dzisiaj potrzeba jeszcze bohaterskiej odwagi, by wbrew naciskowi opinii publicznej odrzucić wyzwanie na pojedynek. Ale cieszymy się, że dzisiaj liczymy w naszych szeregach nawet bardzo wpływowe jednostki. Są już i korporacje akademickie, które są zwolennikami naszych poglądów i z podziwu godną odwagą wprowadziły do swoich statutów korporacyjnych przepisy antypojedynkowe.

Tak, niech młodzież poświęca swoje życie, silę, krew dla obrony wiary, prawdy, ojczyzny, ale nigdy dla staroświeckiej, niezrozumiałej już dzisiaj formalności: pojedynku!

 

***

Bracia!. Przystępując do zreasumowania dzisiaj wypowiedzianych myśli, widzę, że muszę prosić moje słuchaczki o wybaczenie. O problemach bowiem, które by dotyczyły kobiet, dzisiaj prawie że nie było mowy. Wojna i pojedynek: to tematy nie dla nas, to sprawa i grzechy mężczyzn – myślą kobiety.
Zdaje mi się jednak, że niezupełnie mają rację. Przyczyną niektórych wojen bywały kobiety, a prawie, że nie było pojedynku, w którym by nie wchodziła w grę kobieta.

Bez wątpienia, że dzisiejsze kazanie dotyczyło przede wszystkim mężczyzn, ale następne dwa kazania będą rozpatrywały V Przykazanie z punktu widzenia kobiet.

Są jeszcze dzisiaj ludzie, którzy nie mogą zrozumieć, dlaczego Kościół katolicki zajmuje w stosunku do pojedynku tak nieprzejednane stanowisko. Twierdzą, że zbyt ostre są przepisy Kościoła, który karze ekskomuniką nie tylko pojedynkujących się, sekundantów i innych współwinnych, a nawet naocznych świadków pojedynku, a poległym w pojedynku odmawia pogrzebu chrześcijańskiego. Dziś wielu ludzi nazywa to zacofaniem.

Jestem przekonany, że nadejdzie czas, kiedy ludzie nie będą mogli zrozumieć, jak ich przodkowie mogli szukać na drodze pojedynku zadośćuczynienia za obrazę czci. Wtenczas katolicy z dumą będą mogli powiedzieć, że ich święta wiara już dawno miała odwagę wystąpić przeciw temu zwyczajowi, narażając się na obelgi i potwarz. Podobnie, jak dzisiaj nie możemy sobie wyobrazić czasów niewolnictwa, dziwimy się, jak mógł człowiek tak nisko upaść, by swoich bliźnich traktować jak zwierzęta, a przecież przez całe wieki była to rzecz zupełnie naturalna, i tylko chrześcijaństwo odważyło się przeciw niej wystąpić; jak nie możemy sobie uzmysłowić faktu, że człowiek mógł hołdować kiedyś instytucji sądów bożych, zdaje mi się, że tak samo nasze późniejsze pokolenia, jeśli wyczytają w jakiejś starej książce moje dzisiejsze kazanie, załamią ręce ze zdziwienia, że aż pół godziny trzeba było mówić o bezsensowności tak złego zwyczaju, jak pojedynek.

Ale my, Bracia, bądźmy już dziś we wszystkim posłuszni troskliwej i kochającej nas Matce, Kościołowi, Oblubienicy Chrystusa! Amen.

 

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

September 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
28 29 30 31 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 1