(O piątym przykazaniu) Więcej trumien niż kołysek

 

Kochani Bracia w Chrystusie!

Za kilka dni zawita do nas święta uroczystość Narodzenia Dziecięcia Bożego. Najpiękniej obchodzi się ten dzień w domu, w którym są dzieci, bo one w ten wieczór mają dużo do opowiadania, kiedy tak gorączkowo oczekują przybycia Małego Jezuska. Naszą świętą wiarę przenika prąd radości, a wielu ludzi czyni to przepiękne święto jeszcze milszym, obchodząc tradycyjne zwyczaje.

Toteż tym boleśniej odczuwamy, że zaraz czwartego dnia po Bożym Narodzeniu zamiera radość na ustach Kościoła. Przecież w ten dzień moglibyśmy obchodzić również przepiękną uroczystość: „święta młodzianków”. Młodziankowie! Już samo brzmienie tego wyrazu wywołuje w naszej wyobraźni obraz miłej grupy dzieci: o jasnych, jak złoto włosach, gładkich, czołach, anielskim wejrzeniu i wiosną promieniejących oczach…

Jakiż to poetyczny widok! Kościół jednak obchodzi w ten dzień żałobę. Zdejmuje białe ornaty, które przywdział na Boże Narodzenie, ale nie ubiera się w triumfalną czerwień męczenników, jeno w żałobny fiolet smutku.

Jak to? Co to znaczy? Przecież i dziś jest święto! Przecież wszystkie te małe duszyczki uniosły się do Boga!

To prawda, ale również dzień dzisiejszy przypomina nam straszną zbrodnię, grzech Heroda, i dlatego smuci się Kościół.

Grzech Heroda! Co jest jego istotą?

Zamordował niewinne dziatki, pozbawił życia tylko dlatego, że krzyżowały jego plany, że zagrażały jego spokojowi i wygodzie.

Grzech Heroda!
Herod już dawno nie żyje; umarł blisko dwa tysiące lat temu wśród strasznych katuszy: ciało jego za życia toczyły robaki. Herod umarł, ale jego grzech – ach, lękam się nawet wymówić – żyje po dziś dzień! Tu między nami!… Tu, chociaż dobiega drugie tysiąclecie istnienia chrześcijaństwa… Tu, po ulicach wszędzie chodzą Herody, którym przyschła do rąk krew niewiniątek. Czynów ich już nie potępia dzisiejszy wypaczony świat, toteż dumnie chełpią się swoimi zbrodniami. Pan życia i śmierci osądzi ich jednak równie sprawiedliwie, jak morderców betlejemskich niewiniątek.

To, co dziś wyprawiają Herody w jednym tylko państwie, co robią po większych tylko wioskach, jest sto, o sto tysięcy razy straszniejsze, niż rzeź dzieci w Betlejem.

Straszniejsze liczbą i zbrodnią. Herod nie był ojcem dzieci, które rozkazał wymordować – a dziś rodzice zabijają swoje maleństwa. Herod pod wpływem przerażenia wydaje okrutny rozkaz, dzisiejsze zaś Herody mordują planowo, po długim zastanowieniu się.

Bracia! W dzisiejszym kazaniu poruszymy wstrząsające zagadnienie. Omawiając V Przykazanie, musimy popatrzeć tej potworności w samą twarz, bo V Przykazanie broni nie tylko już urodzonego człowieka, ale życia ludzkiego od chwili jego poczęcia, od chwili, kiedy ono przejęło w siebie duszę stworzoną przez Boga: V Przykazanie broni ludzkiego płodu już w łonie matki! Nie może o tym milczeć katolicka ambona w czasach, kiedy grzeszna, krwawa ręka Heroda, tzw. „biała śmierć”, bezlitośnie zrywa pączki życia i szeroko grasuj po świecie. Spójrzmy zatem w oczy tej okropnej rzeczywistości.

Dzisiaj zobaczymy

I. Jakie jest natężenie tego grzechu,

II. Jakie jego następstwa; w przyszłą niedzielę zaś będziemy szukali przyczyn, które spowodowały te okropności, oraz zastanowimy się, jakie środki mogłyby nas wyratować z niebezpieczeństwa.

 

I.

Jakie jest natężenie tego grzechu?

A) Bracia! Już czternaście lat upłynęło od zakończenia I wojny światowej. Z trwogą i bólem czytamy w statystykach, że liczba poległych w czasie wojny dochodzi do 10 milionów. Znikoma to jednak cyfra w porównaniu z liczbą istot, które Bóg powołał do życia, ale które, zanim jeszcze żyć zaczęły, padły ofiarą „białej śmierci”.

Ktoś, widząc ogromną ilość szkół, patronatów i przepisów, mających na celu ochronę dziecka, oraz dzieł pedagogicznych, z dumą nazwał naszą epokę „wiekiem dziecka”. Czyż można nazwać „wiekiem dziecka” czasy, w których skrycie, niepostrzeżenie toczy się zbrodnicza walka przeciwko dziecku?! Czy „wiekiem dziecka” jest epoka, w której mamy więcej dziecinnych trumienek, aniżeli kołysek? Czy można nazwać „wiekiem dziecka” czasy, w których cmentarze rozpoczynają się nie za miastem, ale w domu rodzinnym?! Czy można nazwać „wiekiem dziecka” stulecie, w którym kobieta bez zdenerwowania słucha głosu samochodowej trąbki i szczekania psa, ale „nie może znieść” płaczu dziecka?

O jakichże to strasznych zbrodniach mówimy obecnie? Nie mam odwagi przytoczyć danych statystycznych, gdyż boję się, że zadrży mi głos. Wspomnę tylko o wypadku, o którym słyszałem w tych dniach od profesora medycyny. W samych Węgrzech umiera rocznie straszną śmiercią 3000 młodych matek z powodu przerwania ciąży, podczas operacji „rzezi Herodowej”. Bracia! Trzy tysiące młodych matek! Czy ta straszna wieść nie wstrząsnęła was węgierską duszę?! Czyż ostoi się las, z którego rocznie wycina się trzy tysiące drzew? Trzy tysiące śmiertelnych wypadków oznacza nie tylko uszczuplenie narodu o tę liczbę, ale więcej, bo śmierć młodych matek wyklucza przyjście na świat wielu tysięcy, setek tysięcy ludzi.

Kochani Bracia i Siostry! Pragnąłbym, żebyście odczuli potworność tego grzechu. Powiedzcie: czy macie w domu małe dziecko? Takiego małego, kilkuletniego gaworzącego chłopczyka, lub przymilną, pięcioletnią dziewuszkę? Otóż pięknie i spokojnie posadź koło siebie swoje dziecko… i zajrzyj mu uważnie, głęboko w anielskie źrenice: o jaka piękność, jakie nadprzyrodzone światło z nich promieniuje! Patrz, z jaką miłością objęło cię rączkami! Patrz, jak się ufnie i czule do ciebie tuli! A teraz idź… weź do ręki nóż kuchenny… i oderżnij mu główkę! Tak, ojcze i matko, oderżnijcie mu główkę! Pozbawcie życia to… kochane maleństwo, zabijcie, zamordujcie!…

Powiecie, co on tu wygaduje?! Trudno sobie nawet wyobrazić tak potworny czyn! Gdy pewien szalony ojciec popełnił taką zbrodnię, to nazajutrz gazety roiły się od artykułów potępiających jednogłośnie jego czyn.

A jednak po ulicach wielkich i mniejszych miast – ba, nawet po wsiach i folwarkach, setkami chodzą ludzie, których dusze splamiły się grzechem Heroda, niedającym im spokoju, gryzącym ich z ukrycia; grzechem, który pali, oskarża, krzyczy! O tym milczą gazety! To ludzi nie przeraża! W lepszych towarzystwach otwarcie pochwalają takie postępowanie. Starsze matki uczą tego córki przed zamążpójściem – i w ten sposób dochodzimy do upadku chrześcijańskiego światopoglądu.

B) Wstręt do dziecka jest bowiem bankructwem chrześcijańskiego światopoglądu, a triumfem pogaństwa!

Czy nie pojmujemy, jaka olbrzymia różnica zachodzi między poglądem pogańskim a chrześcijańskim na dziecko? Przypatrzcie się greckim, albo rzymskim, klasycznym dziełom sztuki! Prawie zupełnie nie spotykamy wśród nich posągu dziecka, bo pogaństwo nie doceniało ani dziecka, ani matki. Chrześcijaństwo zaś rodzi się w kołysce, ukochanym jego wizerunkiem jest obraz Dziewicy – Matki z małym Jezusem na ręku. Epoka pogańska nie ceniła dziecka, więc epoka, która nie szanuje dziecka, również zasługuje na miano pogańskiej!

Nawet u tego, kto nic lubi dzieci, przejawia się instynkt rodzicielski i każe mu wyładowywać swoją miłość na psy i koty. Czyż to nie jest pogańskie szydzenie z chrześcijańskiej myśli? Czy mnie dobrze rozumiecie, Bracia?! Nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy chować ani kota, ani psa i że nie trzeba się nimi opiekować. Nakaz V Przykazania obejmuje w pewnej mierze i zwierzęta, w tym znaczeniu, że zabrania je bezcelowo męczyć i zabijać. To prawda, ale jednej rzeczy nie mogę zrozumieć.

Nie rozumiem tego, że inteligentni i wykształceni ludzie, bez najmniejszego wzruszenia i bez uczucia litości mogą przechodzić koło głodnych, wynędzniałych bliźnich, ale rozczulają się, gdy miauczy kotka angorska, albo zaszczeka foks, który uderzył się w łapę. Gdy na każdym kroku głód wydziera ofiary pośród ludzi, niektórzy obwożą autami swoje psy, a sutą ucztę wydają na urodziny kotki, albo pogrążeni w śmiertelnym smutku każą drukować klepsydry z zawiadomieniem, że ich jedyny, nigdy niezapomniany mopsik „raczył opuścić ten padół płaczu!” Co to znaczy? – Bracia! Czy to nie dowód strasznego pogaństwa?!

W Berlinie liczba niemowląt poniżej roku wynosi 200 tysięcy, ale w tym samym Berlinie liczba psów sięga do 240 tysięcy! O czterdzieści tysięcy jest więcej psów, niż dzieci! Psy zajmują miejsce dziecka na łonie matki! Kobieta je obejmuje, układa do wózka, psy zajmują poczesne miejsce w samochodzie. Cóż to jest, jeśli nie straszne pogaństwo?!

W Paryżu jest osobny zakład kosmetyczny dla psów, „Institut de beauté pour les chiens”, w którym pracuje cały szereg lekarzy, fryzjerów i masażystek. Jest również na Ile des Ravageurs wspaniale utrzymywany psi cmentarz, ozdobiony alejami, marmurowymi kryptami i artystycznymi rzeźbami. Na wielu pomnikach widać fotografie „zmarłych”, ulubionych piesków. Często widać jak autem zajeżdża pod cmentarz jakaś bezdzietna paryska dama, lub jak nieutulone w żalu panie przynoszą smażone sucharki na grób swoich „świętej pamięci” ulubieńców.

Człowiekowi nawet się nie chce wierzyć, że mogą istnieć podobne dziwactwa, ale sprawa, o której wam zaraz opowiem, oparła się o paryskie sądy karne. Pewna dama, co dzień przynosiła smaczne paszteciki na grób swojego ulubionego pieska. Wierzyła widać, że jej niezapomniany przylatuje nocą na skrzydłach anielskich i zjada naszykowane porcje. Ale pewnego razu zapomniała na grobie parasolki, i wracając po nią, dokonała strasznego odkrycia: paszteciki smacznie na mogile zajadał – stróż cmentarza. Dama podała go za to do sądu… Cóż to jest, Bracia, jeśli nie straszne pogaństwo?!

Czy nie jest to pogaństwo? – Serce mi się ściska, gdy czytam w gazetach, lub na słupach ulicznych ogłoszenia: do takiej a takiej służby „poszukuje się bezdzietnego małżeństwa!” Prawnie zabroniłbym tego rodzaju ogłoszeń!

Czy nie jest to pogaństwo, kiedy osobie poszukującej mieszkania, właściciel domu stawia warunki… „Zgoda, jeśli pan nie ma psa, kota ani dzieci… zwłaszcza dzieci!” Zwłaszcza dzieci? Więc rodzina i dziecko, matka i dziecko są to pojęcia sprzeczne ze sobą?! Są przecież tak ściśle związane, jak żadne na świecie.
Rodzina bez dziecka – to ogród bez kwiatów! Rodzina bez dziecka – to dzwon bez dźwięku! Rodzina bez dziecka – to ptak, który nie śpiewa. Rodzina bez dziecka – to drzewo bez owocu! Rodzina bez dziecka – to triumf pogaństwa!

Ale, Bracia, nie będę się dalej rozwodził nad szczegółami. I tak smutny dotychczas odsłoniłem obraz! Natomiast w drugiej połowie mojego kazania chcę przedstawić straszne skutki tego grzechu.

 

II.

Jakie są skutki tego grzechu?

A) Obawa przed dzieckiem jest dzisiaj tak powszechna, że śmiało możemy

1) Biorąc statystycznie, jest to o wiele większa klęska, aniżeli ta, która spotkała Węgry po Mohaczem i w Trianon! Na Węgrzech żyje 2.582.000 rodzin. Z tego 342.000 jest bezdzietnych, 314.000 ma tylko po jednym dziecku, a 25.200 po dwoje. Czyli prawie połowa węgierskich rodzin nie spełnia swojego zadania, nie zasila narodu! 

Jak to nie spełnia? 

O bezdzietnych nie ma co mówić, ale tam, gdzie jest tylko jedno dziecko, niech umrze dwoje rodziców, zostaje po nich jeden potomek. Dwudzietne małżeństwa też nie są korzystne dla narodu: utrzymują tylko status quo; umrze dwoje starych, pozostanie dwoje młodych. Naród nic nie zyskał. 

Czy mam powiedzieć otwarcie, co z tego wyniknie, jeśli tak pójdzie dalej? Nie trzeba wroga, nie trzeba okopów, nie trzeba przegranej wojny, bo naród węgierski i tak zginie! Czy nie widzimy, jak się rozmnażają nasi sąsiedzi? Czy zapomnieliśmy o historycznym upomnieniu? O jakim? Jeśli naród ma więcej trumien, ni ż kołysek, grozi mu niechybna zagłada. 

2) Ale weźmy pod uwagę nie tylko stratę ilościową, nie wiemy bowiem, ilu sławnych ludzi, odkrywców, filozofów i świętych traci naród przez zapobieganie urodzinom! Tak jest, Bracia! To potwierdzają nie domysły, lecz doświadczenie, które mówi, że najwięksi bohaterowie wiary i ludzie nauki pochodzili właśnie z licznych rodzin! Strach nawet pomyśleć, ilu to uczonych, ilu dobroczyńców, ilu świętych ginie dziś przez to, że rodzice boją się dzieci! Bo gdyby ludzie i dawniej byli czuli wstręt do dzieci – dam tylko kilka przykładów – nie mielibyśmy świętej Katarzyny Sieneńskiej, która była 25 -tym dzieckiem swoich rodziców; św. Klemensa Hofbauera, apostoła Wiednia i Warszawy, który był 12 -tym dzieckiem; ani św. Teresy z Lisieux, 9 – tego dziecka swoich rodziców. Święty Ignacy Loyola miał dziesięcioro rodzeństwa, św. Tomasz z Akwinu pięcioro, św. Bernard sześcioro. A z ludzi wszechświatowej sławy – fizyk Frauenhofer był 10 – tym z kolei dzieckiem, wielki poeta Lessing 13 – tym, muzyk Händel 10 – tym, Haydn, głośny kompozytor 12 – tym, Benjamin Franklin 17 – tym, malarz Dürer 17 – tym potomstwem.

Oto, Bracia, co traci naród przez mordowanie dzieci w łonie matek. Stracić może wielu sławnych ludzi, a traci na pewno siłę żywotną, liczebnie się kurczy i słabnie. Chociażby dąb był największym olbrzymem wśród drzew, czeka go smutny los, jeśli robak toczy jego wnętrze.

B) Grzech, o którym mowa, jest klęską nie tylko dla narodu, ale również i dla jednostek. Zadaje cios dziecku… jedynemu dziecku, któremu żyć pozwała, a jeszcze boleśniejszy cios wymierza samym rodzicom.

1) Grzech ten zadaje cios jedynakowi, lub jedynaczce, ze względu na którego, lub na którą przeprowadzili rodzice swe dzieciobójcze praktyki, żeby je „odpowiednio wychować”, żeby się „majątek nie marnował” itp.

Logicznie rzecz biorąc, wydawać by się mogło, że jedno dziecko można lepiej wychować i gruntowniej wykształcić, w rzeczywistości zaś ludzkość najcenniejsze jednostki zawdzięcza zazwyczaj rodzinom mającym liczne potomstwo! Jest to bardzo ciekawy fakt! Chociaż rodzice przy licznym rodzeństwie mogą mniej czasu poświęcić wychowaniu każdego dziecka z osobna, dzieci ich jednak są lepiej wychowane, bardziej uczciwe, posłuszniejsze i bardziej wartościowe, niż jedynaczki i jedynaki. Dlaczego, Bracia? Przyczyna najczęściej kryje się w tym, że rodzice źle wychowują jedyne dziecko, wypaczają jego charakter: cackają się z nim, rozpieszczają, i robią sobie z niego zabawkę. Biedne dziecko! Chciałoby być dzieckiem, ale nie może. Nie ma towarzystwa, nie ma przyjaciela, któremu by mogło potajemnie opowiedzieć o swoich radościach i smutkach, z którym mogłoby się bawić, czasem nawet pobić, ale za chwilę znowu się pogodzić, słowem: nie ma braciszka ani siostrzyczki, którzy by go najlepiej potrafili wychować. Tak, dzieci, które się wspólnie bawią, z sobą przebywają, razem się weselą i płaczą, kształcą się nawzajem, uczą się poświęcenia i miłości – słowem wygładzają się, jak kamyki w potoku. Dzieci w licznej rodzinie dlatego są lepsze, bo we wzajemnych stosunkach muszą sobie dużo wybaczać, przekonywają się, że nie są ośrodkiem świata i że dla innych trzeba się wyrzec wielu rzeczy.

A jakiż jest los jedynaków?

Nie mają małych braci, ani siostrzyczek, są więc zdani na towarzystwo ludzi starszych. Stają się młodymi starcami, poznającymi wszystko przedwcześnie. Dzieci takie są zamknięte i zimne, nawet w szkole rozgrzewają się z trudnością a kiedy wracają do domu, nie mają do kogo przemówić. Osamotnienie to odbija się i na ich usposobieniu oraz systemie nerwowym. Według statystyki pewnego wiedeńskiego lekarza, ze 100 dzieci, niemających rodzeństwa w latach od 8 – 10 było tylko 13 zdrowych, a reszta, czyli 87, były w większym lub mniejszym stopniu nerwowo chore; natomiast ze 100 posiadających liczne rodzeństwo było – 69 zdrowych!

Tak, grzeszną „modę” gorzko okupuje dziecko – jedynak, dla którego robi się niby to wszystko.

2) Ale gorzko okupują tę modę i rodzice! Okupują:

a) szczęściem dziecka, b) jakością stosunków wzajemnych, c) stosunkiem do Boga.

a) Znowu można zaobserwować ciekawy fakt, że jednemu dziecku jest trudniej rozkazywać, niż kilkorgu. Rodzice, którzy obawiają się większej ilości dzieci, jakoś nie mają powagi i wobec jednego. Daremnie rozkazują, nie słucha. Dlaczego? Dziecko wtenczas kocha swych rodziców bez zastrzeżeń, gdy i rodzice okazują mu miłość bez zastrzeżeń, jeśli dla niego nie wahają się ponieść ofiary nawet z rodzicielskiej powagi. Delikatna dusza dziecka odczuwa jakoś, że w miłości rodziców są jakieś braki, to wyczucie sprawia, że w duszy dziecięcej zanika posłuszeństwo i ufna miłość do rodziców.

b) Jeszcze nad jedną myślą winni się rodzice zastanowić: Wychowanie dziecka wymaga wprawdzie wielu trudów, ale opłaca się sowicie! Nie mam tu na myśli, że kiedyś w starości możesz potrzebować wsparcia od swoich dzieci, myślę zupełnie o czym innym. Ileż to razy spadają na rodzinę ciężkie gromy! A wśród chmurnych dni jedynie światło i pogodę może wnieść w serca rodziców, młoda dusza dziecka. Bywają smutne chwile, w których jedynym aniołem stróżem dwojga dorosłych zwaśnionych z sobą ludzi jest dziecko. Smutna rozbieżność poglądów nie doprowadza nieraz do ostatecznego rozejścia się małżonków tylko dzięki tej wielkiej mocy, którą posiadają delikatne rączki dziecięce. Często zdarza się, że między małżonkami słychać ustawiczne kłótnie, sprzeczki, odgrażanie się rozwodem, dopóki nie przyjdzie dziecko. Narodziny dziecka, a tym bardziej przyjście na świat większej ilości dzieci, wzmacnia ostatecznie fundamenty rodziny! Tu powołam się znów na pewne dane statystyczne: połowa rozwiedzionych małżeństw jest zupełnie bezdzietna, a 20% ma tylko jedno dziecko. Cyfr te mówią jasno. Tam, gdzie radują się dziećmi, i chętnie przyjmują troski z nimi związane, tam wzrasta miłość wzajemna rodziców i szacunek: wzmacnia się spójnia małżeństwa.

3) Dla rodziców chrześcijańskich motywem decydując powinna być przede wszystkim wola boża. Dziecko jest darem bożym, „błogosławieństwem bożym” – mówiono w dawnych, bardziej religijnych czasach – darem, którego przyjęcie i wychowanie jest zasługą i na żywot wieczny, a wypędzenie z poza bram życia – okropnym grzechem.

Pewna matka utopiła się z rozpaczy w Dunaju, i w mrok śmierci zabrała z sobą na rękach małe dziecko. Ludzie czytali o tym z przerażeniem. Tak, straszny to był grzech – podwójne zabójstwo…, ale to dziecko było już przynajmniej ochrzczone. Jeśli straciło życie ziemskie, to jednak poszło oglądać wiecznego Boga. Ale ofiary dzisiejszych Herodów idą bez chrztu na tamten świat! Święta wiara uczy nas, że nie będą potępione – ale też nie otworzą się przed nimi bramy, poza którymi czeka wieczna szczęśliwość niebios. Rodzice pozbawili je życia ziemskiego i wiecznej szczęśliwości!

Powiedziałem, że pozbawili je rodzice. Ale czy można tych ludzi nazwać rodzicami? Czy mają oni pojęcie, jak nieludzką i potworną jest ich wina?! By podkreślić okropność tego grzechu, Kościół wyjął go spod ogólnej władzy rozgrzeszania i zarezerwował dla biskupa. Kapłan dopiero wtedy może udzielić rozgrzeszenia, jeśli mu dał na to władzę biskup.

Prędzej czy później i grzeszący dojdą do świadomości o potworności swojego grzechu Największa kara, jaka ich może spotkać na ziemi, to męka wyrzutów sumienia, oskarżenie samego siebie? Zabicie nieurodzonego dziecka jest morderstwem, a do morderców odzywa się w Biblii Pan życia i śmierci słowami, wyrzeczonymi do bratobójcy Kaina: „Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie… Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!” (Rdz 4, 10 – 12).

„Głos krwi…” – Cóż to znaczy, Bracia?!

Shakespeare w Makbecie pisze o tym w ten sposób: „Wszystkie arabskie wonności nie zmyją zapachu krwi, która przyschła do ręki mordercy, żadna woda nie zmyje plam czerwonych. Krwawa ofiara mordu zjawia się często, a morderca woła: Niech przyjdzie lampart, byle tylko nie przychodziła mara zamordowanego!”

Byle tylko nie przyszła mara! A przyjdzie! Wielka czarna chmura przytłacza tych ludzi – Herodów… Skończył się ich spokój… Skończyło się szczęśliwe pożycie małżeńskie. Dusza się dręczy i niepokoi. Byłaby jedna droga – jedna jedyna – by zadośćuczynić: szczera spowiedź. Ale, o Boże, jakże się ciężko na to zdecydować! A dusza męczy się dalej… Nieszczęśliwy grzesznik chwyta się wszystkiego: daje hojne jałmużny, długo się modli, chodzi po odpustach, narzeka, płacze. Wszystko nie pomaga. Tylko siebie oszukuje, a spokój nie wraca. Potem następują dalsze upadki. Zrywa z Kościołem, z wiarą, z Bogiem. Staje się obojętnym, potem wyzywa i krytykuje wiarę – a spokoju jak nie znajduje, tak nie znajduje.

„Besser viele Kinder auf dem Kissen, als bloss eines, auf deinem Gewissen!” Niech raczej cała gromada dzieci spoczywa na poduszce, aniżeli jedno jedyne miałoby przygniatać twoje sumienie! Okropny jest bowiem los tego, kto odważył się sprzeciwić Bogu…

 

***

Dosyć, Bracia! Zakończmy kazanie przy dźwięku smutnych akordów. Było ono za długie, a jednak jeszcze nie wyczerpałem tematu. W przyszłą niedzielę będę omawiał to samo zagadnienie, bo czuję, że mam dać odpowiedź na wiele wątpliwości, uwag i zarzutów. 

Wiem, że dzisiejszy świat w tej dziedzinie łatwo daje rozgrzeszenie, ale nie łatwo daje je Bóg i historia. Nie daje Bóg, który w V Przykazaniu mówi: „Nie zabijaj!” Nie daje historia, która głosi: że na nic się nie zda kultura, technika, wiedza, maszyna, kopalnie, handel, bo i tak: zginie naród, który ma więcej 

Czy wiesz, czym jest matka? Życia królewską dawczynią! A wiesz, czym jest dziecię? Życia przyszłością tajemną! 

A przyszłość czyja? Tych, co w walkach zwyciężają. 

Kto oni? Matka i dziecko – się nazywają. Amen.

 

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

July 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6