(O piątym przykazaniu) Grzech albo bohaterstwo

 

Kochani Bracia w Chrystusie!

Wybitny myśliciel II wieku ery chrześcijańskiej, Klemens Aleksandryjski, w dziele pod tytułem „Paedagogus” (3, 4) mówi o pogańskich niewiastach, które z troskliwą iście macierzyńską opieką wychowywały kurczęta, bez żadnych natomiast wyrzutów sumienia wyrzucały na ulicę urodzone w ich domu dzieci niewolników.

Przejmujący wstręt, jaki ogarnął duszę wielkiego Ojca Kościoła, kiedy pisał o tej okropności, udzielił się i nam, kiedy w ostatnim kazaniu badaliśmy najohydniejszą zarazę nowoczesnej epoki, ten straszny „Kultur – Kampf”, który w naszym stuleciu – o, co za ironia! – w „stuleciu dziecka”, stał się początkiem okrutnej mody: walki przeciwko życiu dziecka.

Kiedy faraon egipski nie chciał wypuścić z niewoli narodu żydowskiego, Pan po wielu różnych plagach dopuścił najstraszniejszą: posłał anioła śmierci, aby chodził od domu do domu i zabijał pierworodne dzieci. „I podniósł się wielki krzyk w Egipcie, bo nie było domu, w którym nie byłoby umarłego.” (Wj 12, 30)

Bracia! Między nami i dzisiaj czyni spustoszenie plaga egipska. Pierworodnym daruje jeszcze życie – ale i to nie zawsze. Resztę dzieci natomiast zabija bezlitośnie, albo już w samym zarodku życia (grzech przeciwko V Przykazaniu), albo nie pozwalając mu nawet zakiełkować (grzech przeciwko VI Przykazaniu). – I słychać krzyk rozpaczy z ust ludzi, mających jeszcze serce: Zaniknie moralność, zginie państwo, jeśli tak będzie dalej!

W ubiegłą niedzielę lekko nakreśliłem nastrój cmentarny, jaki wywołują w dzisiejszych rodzinach pusto zostawione kołyski. Wskazałem na następstwa grzechu zabójstwa dzieci dla jednostki i narodu. Czuję atoli, że niedostatecznie rozwiązaliśmy poruszone wtedy zagadnienia. Niech więc moje dzisiejsze kazanie będzie odpowiedzią na mnóstwo listów i zapytań, którymi zasypali mnie słuchacze po zeszłoniedzielnym kazaniu.

Przypatrzmy się:1)przyczynom, które zło spowodowały, a potem 2) będziemy się starali znaleźć lekarstwo na tę zabójczą chorobę .

 

I.

Przyczyny dzisiejszego wstrętu do dzieci.

1) Przede wszystkim chciałbym poruszyć przybrany w szaty naukowe neomaltuzjanizm, który przestrzega mnożącą się wciąż ludzkość przed widmem śmierci głodowej, i na który powołuje się zwykle wiele osób. 

Zwolennicy tego kierunku straszą rodziców: „Uwaga! Już i tak jest nadmiar ludzi! Wytwarzanie dóbr potrzebnych do życia nie pozostaje w żadnym stosunku do rozmnażania się ludzi, i prędzej czy później, jeśli nie będziemy regulowali urodzin ludzkich, zapanuje na ziemi głód”. 

Naturalnie, ta pozornie „naukowa” teoria w sam raz odpowiada tym, którzy pragną usprawiedliwić swoje grzechy.

Bracia! Argument ten stracił już zupełnie swoją siłę dowodową. Wiemy przecież z całą pewnością, że można podnieść rolnictwo, że można jeszcze całe połacie ziemi wziąć pod uprawę i z tej nas starej ziemi wydobyć tyle chleba, że wystarczy go nie tylko dla obecnie istniejących dwóch miliardów ludzi, ale dla czterech, a nawet i dla sześciu.

Więc przeludnienie nie grozi katastrofą naszej starej ziemi. Człowiek z przerażeniem słucha, że w pewnych państwach debatują nad nowym ustawodawstwem, które by usprawiedliwiało zabijanie dzieci, skreśliło ostre przepisy, które ten grzech – zupełnie słusznie – urzędowo ścigają. Czymże innym jest dążenie, jeśli nie próbą rozwiązania faktycznie istniejącego zagadnienia w sposób najmniej odpowiedni. Jest to zupełnie to samo, gdyby zamiast choroby leczyć jej objawy. Strach przed dziećmi jest objawem choroby, która pochodzi z upadku moralności i pogorszenia się warunków gospodarczych. Nie debatujmy więc nad następstwami, ale sięgnijmy do jądra zła!

Mędrkującym „apostołom” neomaltuzjanizmu muszę otwarcie powiedzieć, że przyrost ludności jeszcze nigdzie nie spowodował nędzy danego narodu! Im liczniejszy jest dany naród, tym intensywniej pracuje w dziedzinie gospodarczej i technicznej. Ze stanu koczowniczego staje się rolnikiem, drewniany pług zamienia na żelazny. Na odwrót: zmniejszanie się liczebne sprowadza jednocześnie nędzę materialną.

2) Zresztą bardzo często obserwujemy, że obawa przed dziećmi w wielu wypadkach nie jest spowodowana trudnymi warunkami materialnymi.

W licznych miejscach ubogie baraki rozbrzmiewają krzykiem dziatwy, natomiast wielopokojowe wille ludzi zamożnych toną w głuchym milczeniu. W 45 domach najzamożniejszej ulicy Nowego Jorku naliczono tylko 17- cioro dzieci!

Pewna osoba pisała mi niedawno, że była w odwiedzinach u pewnych państwa, którzy mieszkają w Budapeszcie w ośmiopokojowym, „komfortowym” mieszkaniu, i karmią charty, które zastępują im dzieci, czekoladami Gerbeaud! Im zamożniejsza rodzina, tym mniej ma dzieci! Czyż to nie wystarcza na zdemaskowanie neomaltuzjanizmu? Czy nie wskazuje to, że gdzie indziej należy szukać przyczyn obawy przed dzieckiem?

Okropna zaraza dzieciobójstwa, która szerzy się obecnie w całej Europie, w przeważającej części jest spowodowana nie tyle kryzysem gospodarczym, ile – jeśli mam powiedzieć prawdę – zachwianiem si ę pojęć moralnych! Ludźmi owładnął bezbożny światopogląd. W parze z wyrzeczeniem się życia pozagrobowego i odpowiedzialności wobec Boga, poszło używanie świata i wygód, czemu naturalnie dzieci stają na przeszkodzie. Kina i brukowa literatura, wielkomiejskie ulice i ich bywalcy, już w 18 roku życia wyjaławiają duszę, zabijają w niej nie tylko cnotę, ale i wrodzony, czysty pogląd na małżeństwo. Dorastające pokolenie na każdym kroku słyszy tylko o przyjemnościach, a bardzo rzadko o obowiązkach. Słyszy, że celem życia jest rozkosz, że zarazem ze wzrostem przyjemności życiowych zanikają ciężary i cierpienia.

Przyczyną zła jest przerażająco pogańskie pojęcie o dziecku. Przytoczę parę myśli z listów, które otrzymałem zeszłego tygodnia. „Proszę księdza – skarży się jedna pani – mój mąż zawadiaka zabije mnie, jeśli urodzi się drugie dziecko”. Druga pisze: „Słyszałam kazanie o grzechu Heroda, ale cóż, kiedy wszyscy mówią, że właśnie urodzenie dziecka jest wielkim głupstwem! Ksiądz mówił, że to grzech! Gdzie tam! Jest to drobnostka, jak plombowanie zęba! Dwa, trzy zabiegi lekarskie rocznie, to prawie to samo, co plombowanie 2 – 3 zębów…”

Bracia! Niczego nie dodałem, nic nie zmieniłem, tak pisze w liście, że2–3 zabiegi lekarskie, to, to samo, co plombowanie 2 – 3 zębów! Straszne słowa! Powiedzcie, czy przesadą jest moje twierdzenie, że wstręt do dzieci spowodowany jest głównie cynizmem pojęć, względami wygód osobistych, szukaniem lżejszego życia, łatwiejszego odgrywania roli w społeczeństwie, pragnieniem rozkoszy zmysłowych, słowem – lekkomyślnym i niechrześcijańskim stosunkiem do życia!

3) Wiem, jaka będzie odpowiedź na dzisiejsze moje słowa. Znów przyjdą listy… listy pełne skarg i rozgoryczenia. że „łatwo mi mówić z ambony…”, że „nie znam trudności dzisiejszego życia…”, że „nie wiem, jaką nędzę cierpi i jak boryka się z losem wiele rodzin! Brak pracy, nie ma zarobku, nie można wyżyć…”

Tak! Popłyną skargi… Jaką dać na nie odpowiedź? Powiedzieć, że wszystko jest fałszem, że wszystko nie ma najmniejszych podstaw? Niestety, Bracia, tego nie mogę powiedzieć.

Muszę przyznać, że w przeraźliwych żyjemy stosunkach, że olbrzymia pokusa do tego grzechu kryje się w warunkach społecznych i gospodarczych, że obecne niesprawiedliwe stosunki gospodarcze nawet uczciwym małżeństwom utrudniają prowadzenie zdrowego, moralnego życia, życia, zgodnego z wolą bożą.
Wiem, i otwarcie to głoszę – i jest to strasznym oskarżeniem przeciwko obecnym porządkom społecznym – że w dzisiejszych ciężkich warunkach materialnych często najlepszym i najbogobojniejszym małżeństwom pozostaje do wyboru tylko ten trudny dylemat: albo grzech, albo bohaterstwo! Albo ulękną się trosk o los dzieci, i dzieciom tym przez grzech zamkną drzwi wiodące do życia, albo nie chcą się buntować przeciwko planom bożym i przyjmują dzieci, a wraz z nimi ofiary, troski i niedostatek. Tak: grzech albo bohaterstwo – a katolikom nie wolno się zastanawiać ani przez chwilkę, na którą przechylić się stronę! Przyjąć dziecko!

Oj, łatwo to powiedzieć! „Kiedy nie można, bo u nas już ostatnia nędza…” „Mamy tylko jednopokojowe mieszkanie, a już jest dwoje dzieci…” „Mój mąż ma tylko 160 złotych pensji miesięcznej, a w domu płacze i woła o chleb czworo dzieci…” „żona moja jest chorowita, i zginęłaby przy najbliższym porodzie…” „Chcielibyśmy mieć więcej dzieci, ale czy wolno narażać je na nędzę? Czy w takich rozpaczliwych warunkach nie wypada wstrzymywać się i nie mieć więcej dzieci?!…”
Tak skarżą się nawet najlepsi ludzie.

Jaką dać na to odpowiedź?

Powiedzieć im: ścieśnijcie jeszcze bardziej swoje wymagania? To już jest niemożliwe! Nie pozostaje nic innego, jak powiedzieć szczerze: że tu i Kościół katolicki uznaje „prawo” rodziców do ograniczenia liczby potomstwa. Ale w jaki sposób? Uważajcie! Jak i co uznaje? Do takich wypadków stosują się słowa świętego Pawła: „Trzeba więc, aby Ci, którzy mają żony, tak żyli, jakby byli nieżonaci” (1 Kor 7, 29). Czyli: jedynym sposobem obrony przed potomstwem jest wstrzemięźliwe życie małżonków ! Czyli wtedy, gdy żona jest słaba i bez narażenia życia nie może mieć więcej dzieci, czy gdy dokucza ubóstwo: jedynym dozwolonym sposobem jest wstrzemięźliwość mężów. Tak: wstrzemięźliwość, czyli panowanie nad sobą! Jest to najbardziej typowe, chrześcijańskie słowo! Panowanie nad sobą, które na tym polega, że jeżeli za chodzi potrzeba, jeżeli wymagają tego warunki gospodarcze, albo słabe zdrowie żony, mąż potrafi na pewien czas wyrzec się praw małżeńskich.

Czy to jest możliwe?! Czy napastliwym pragnieniom instynktu nie można rozkazać?! Bracia! Bez Chrystusa tego dokonać nie można! Nie można, jeśli jesteś tylko człowiekiem! Ale można jeśli jesteś chrześcijaninem! Można, jeśli prosisz o to Boga w modlitwie, posługując się sakramentami i pomocą Jego łaski. Ostatecznie tak samo mógłbyś powiedzieć: Jeśli mnie kto uderzy, nie można ode mnie żądać, żebym mu nie oddał, „tak silny jest we, mnie instynkt”. Gdy coś spodoba mi się na wystawie, nie mogę się powstrzymać, by tego nie zabrać – „bo tak silny jest instynkt”.

Czy może być mowa o kulturze bez panowania nad sobą? Czymże jest kultura? Jest ujarzmieniem sił naturalnych. Kulturą są więzy, które trzymają na wodzy wzburzone fale. Kulturą jest maszyna parowa, która w odpowiednim kierunku zużytkowuje siłę parcia gazu. Kulturą jest dumny, że potrafi panować nad naturą, że po kolei ujarzmia jej ślepe moce. Czy tylko w świecie instynktów mamy być bezsilni i dać wolność ślepym siłom natury?!

Bracia! Pozwólcie, że będę mówił otwarcie. Według katolickiej etyki każda „obrona” przed dzieckiem, która nie wypływa z samozaparcia się małżonków, jest ciężkim grzechem przeciwko V albo VI Przykazaniu. Małżeństwa można używać tylko tak, jak Bóg nakazał, albo się go wyrzec. Religia uznaje tylko te dwa rozwiązania.
Ale w takim razie znowu pozostaje: grzech, albo bohaterstwo! Tak. I tak brzmi tytuł mojego kazania. Chrystus Pan zapowiedział, że kto chce iść za Nim, niech zaprze się samego siebie, niech weźmie krzyż i naśladuje Go.

Gdyby na tym punkcie nasza święta wiara nie była tak nieugięta, to natychmiast pogodziłyby się z nią tysiące, a nawet setki tysięcy ludzi. Miliony można by zyskać dla Kościoła. Ale trudno! Czy jednak nie można by spełnić życzeń tylu tysięcy, czy przecież nie dałoby się coś utargować z tej zasady? Czy nie mógłby trochę ustąpić Kościół, który musi znosić tak dużo wyrzutów z powodu swojego nieprzejednanego stanowiska? – czy nie mógłby zmienić woli Stwórcy, poprawić jej w ten sposób, żeby przynajmniej biednym, chorym ludziom, mającym tylko jednopokojowe mieszkanie, pozwolił żyć w małżeństwie, bez obowiązku rodzenia dzieci?

Nie, Bracia! Katolicyzm nie może zmienić praw, które dał Bóg, bo w takim razie sprzeniewierzyłby się swemu Boskiemu Założycielowi! Musi więc głosić: albo życie małżeńskie i dzieci, albo bezdzietność, ale tylko drogą wstrzemięźliwości.

„Nasza wiara jest zanadto surowa, potrzebuje wielu reform” – pisze skarżąc się, jeden z moich słuchaczy. Nie, Bracia! Nie wiara potrzebuje reform – jej tknąć nie wolno! – lecz wszystkie nasze dzisiejsze urządzenia społeczne!

A teraz: szukajmy lekarstw na ten, niszczący naród, grzech.

 

II.

Gdzie znajdziemy lekarstwo?

Strach przed dzieckiem przybiera tak zatrważające rozmiary, że państwo skwapliwie szuka lekarstwa, bo jeśli spokojnie pozwoli szerzyć się złu, może wyginąć cały naród.

1) Wstręt do dzieci jest bez wątpienia spowodowany i warunkami gospodarczymi. Przyznam, że w małżeństwach uczciwych jest to jedyny powód – i dlatego potrzebne były reformy społeczne i postanowienia, wkraczające już w zakres kompetencji państw , które by rozwiązywały to zagadnienie. Nie wystarczą pochwały i uroczyste obchody na cześć matek licznych dzieci – to może być tylko częścią tego wielkiego zadania – ale potrzeba szeregu głęboko przemyślanych ustawowych zarządzeń.

Jakież to mają być postanowienia?

Trzeba by specjalną opieką otaczać małżeństwa z licznym potomstwem! Wypłacać im znaczniejsze dodatki rodzinne! Przy obsadzaniu posad dawać im pierwszeństwo! Zmniejszyć podatek w stosunku do liczby dzieci! Umożliwić tym dzieciom rozrywki! Zabezpieczyć możliwe warunki mieszkaniowe!. Surowymi karami ścigać pornografię! Nielitościwie karać winnych – zbrodni Herodowej! Zmniejszyć drożyznę życia! Dać możność lepszego zarobku! Uwolnić kobiety od pracy w fabrykach i w biurze! Zmienić prawo spadkowe, według którego pierworodne dziecko ma pewne przywileje – i tak dalej. To wszystko należałoby uczynić!

2) Bracia! Choć uznajemy konieczność i ważność tych poczynań, musimy jednak zrobić małe spostrzeżenie: wszystko to jest potrzebne – ale wszystko to nie wystarcza! Nie wystarcza, bo kluczem, ostatecznie rozwiązującym te trudności, jest nie biologia, higiena, ani polityka społeczna, ale etyka i moralność Chrystusowa.
Nie chciałbym zlekceważyć doniosłości reform społecznych i gospodarczych. Jest to kwestia tak piekąca, tak życiowa, że aby ją rozwiązać, powinien każdy czynić, co tylko może. Pragnąłbym jeno podkreślić, że wszelkie zarządzenia okażą się bezsilnymi, jeśli nie przyjdę im z pomocą niewzruszone Przykazania wiary: w burzy szalejących namiętności i w potopie fałszywych rozumowań sobkostwa, oraz pogoni za przyjemnością utoną bez śladu. Wyższość pobudek religijnych może nigdzie nie występuje tak jasno, jak w tym zagadnieniu.

Problem nie jest tak prosty. Tu bowiem przeciwstawiają się sobie interesy jednostki i interesy ogółu. Żadne prawa ziemskie nie zdołają zmusić jednostki, żeby kosztem swojej ofiary zapewniła przyszłość narodowi. Do tego może skłonić człowieka tylko wiara i powaga nakazu bożego, która podnosi jednostkę z ciasnego koła osobistych interesów na wyżyny ofiary. Nie ma więc przesady w twierdzeniu, że tylko Kościół katolicki, ze swoją nieugiętą, nie znającą kompromisu stałością, może uratować ludzkość od zagłady.

a) Po pierwsze rozporządza on środkiem przeciwdziałającym w postaci: kary. Jeśli niektórzy ludzie nic rozumieją, że grzeszą w pożyciu małżeńskim, uprzytamnia im to Kościół przez nałożenie odpowiedniej kary. Ekskomunika biskupowi zarezerwowana spada na matkę, lekarza i wszystkie osoby, które pośrednio dopomogły do zamordowania nieurodzonego dziecka. Kto z tym grzechem przystępuje do konfesjonału, wie dobrze, że tylko za cenę wielkiej pokuty otrzyma rozgrzeszenie. Kto kieruje się w życiu zasadami religijnymi, tego odwodzi od tych okropnych czynów lęk przed podobną karą. Możemy z durną wskazać na państwa, lub na pewne części państw, gdzie ludzie żyją prawdziwym życiem katolickim i gdzie zamach na dziecko uważają za bardzo ciężki grzech, że tam i dziś jest dużo dzieci, np. okolice Renu, Westfalii, Tyrolu, cała Holandia, Bretania i wiele części Polski.

b) Prócz kary nasza święta wiara rozporządza i środkiem zachęcającym, a mianowicie: uważaniem dziecka za posłańca bożego, za błogosławieństwo boże.
Rodzice chrześcijańscy są świadomi prawdy, że swoją godność ojców i matek zawdzięczają Bogu – i że z tą godnością nierozłącznie są związane ciężkie rodzicielskie obowiązki.

Trudne są obowiązki rodziców! Bardzo trudne i wymagające poświęcenia! Niemieckie przysłowie mówi, że „kto żyje bezdzietnie, nie wie, co to jest cierpienie”. Tak, jest w tym dużo prawdy! Ileż to ofiar, trudów, bezsennych nocy… wymaga opieka nad małym dzieckiem! Tak gamo wielu ofiar, trosk, dni pełnych trudów i wyrzeczeń wymaga wychowanie dorastających dzieci!

„Czy więc nie lepiej, jeśli nie ma dzieci?!”

W ten sposób rozumuje małżeństwo, które nie zna Boga. Tak czynią ci, którzy powagę rodziców odzierają z majestatu, danego im przez Boga.
Ale religijni małżonkowie wiedzą, że tysięcy przykrości wychowania dzieci nie można porównać ze zniszczeniem, jakie powodują zabiegi lekarskie w stanie zdrowia małżonek i we współżyciu duchowym małżonków. Religijni rodzice obok trosk, mają też z dzieci i wiele prawdziwej radości.

Przytoczone przed chwilą przysłowie mówi wprawdzie, że „kto żyje bezdzietnie, nie wie, co to jest cierpienie”, ale to tylko pierwsza część przysłowia druga opiewa w ten sposób: „Kto umiera bezdzietnie, nie zaznał prawdziwej radości!” Tak, dziecko to troska, ale dziecko jest również radością! Dziecko jest wydatkiem, ale również i lokatą. Dziecko jest cierpieniem, ale i rozkoszą. Dziecko jest smutkiem, ale też i weselem. Spójrzcie na ten wzruszający obraz: W gronie kochających dzieci i wnuków widać dwoje sędziwych staruszków, którym życie już nic dać nie może, którzy się już wybierają w daleką drogę. Z oczu ich bije gorąca ufność: „Panie nasz! Nie wahaliśmy się przyjąć dusz, które nam raczyłeś powierzyć. Kosztowało nas to wiele trudów, ale oto patrz: wychowaliśmy je – dla Ciebie i dla życia wiecznego”. Bracia! Umiera również i bezdzietne małżeństwo! Umiera, a nie ma nikogo – nikogo, kto by choć jeden pacierz zaniósł do Boga za ich grzeszne dusze…

 

***

Zakończmy omawianie tego smutnego tematu.

Wschodnie narody mają głęboką przypowieść. Nie jest to prawdziwa historia, tylko opowiadanie symboliczne, ale kryje w sobie bardzo piękną myśl…
Potężny Bóg już ukończył stworzenie świata, brakowało tylko człowieka. Morza już były pełne ryb, lasy zwierzyny, po skałach wspinały się kozice, a na drzewach śpiewało ptactwo… Tylko człowieka nie było jeszcze na ziemi! Wtenczas Pan wziął garść mułu z rzeki Nilu, by z niego stworzyć człowieka… Ale w mule tym ukrył się rak, który ugryzł Pana w rękę… Trzy krople krwi wytrysnęły ze zranionej ręki Pana i stoczyły się do Nilowego mułu. I z tego, krwią zroszonego mułu, stworzył Bóg serce matki!

Legenda krótka, ale posiadająca głębokie znaczenie…

Bracia! Choćbyście tylko z narażeniem się na niebezpieczeństwo mogli dać życie potomstwu! Matki! Choć posłyszycie z tej i z owej strony, że konieczny jest zabieg lekarski! Chociażby drugie dziecko obarczało was większą troską i zapowiadało pasmo nowych ciężkich lat: Miejcie odwagę być matkami! Bądźcie matkami, które sieją życie, a nie śmierć! Bądźcie matkami, które poruszają kolebkę, a nie trumienkę! Bądźcie matkami, które ufają, że jeśli Bóg dał małe głodne usteczka, nie poskąpi im i chleba! Bądźcie chrześcijańskimi matkami, które i w niebezpieczeństwach śmierci nie odwracają swojego wzroku od Boskiego Dzieciątka betlejemskiego!

A błogosławić wam będzie Ojczyzna…
A błogosławić wam będą dzieci i wnukowie…
Pobłogosławi i odpłaci wam za to Pan życia wiecznego, Wszechmocny Bóg. Amen.

 

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

December 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31