(O piątym przykazaniu) O wartości i używaniu życia

 

Kochani Bracia w Chrystusie!

W dniu dzisiejszym, kontynuując w dalszym ciągu rozbiór V Przykazania, przystępujemy do omówienia bardzo ciekawego, a ze względu na stan umysłów dzisiejszej młodzieży, wyjątkowo aktualnego zagadnienia. Będę mianowicie mówił o obronie zdrowia fizycznego. Zwrócę uwagę na pewien bardzo ciekawy prąd i popularne dzisiaj hasła. Hasła te, chociaż zawierają w sobie dużo prawdy, pełne są zupełnie wypaczonych myśli, prawda i fałsz tworzą tak okropny chaos, że trudno wyrobić sobie o nich jasny sąd. Dlatego to dla wielu ludzi stanowią one poważne niebezpieczeństwo, choć w samym założeniu nie brak ziaren prawdziwej mądrości.

O czymże więc będzie mowa w dzisiejszym i następnym kazaniu?

Będę mówił o tym, do czego tęskni dzisiejszy człowiek – maszyna, maleńkie kółko w mechanizmie społecznym, człowiek, stanowiący nieodłączną część inwentarza kancelaryjnego. Rozwinę przed wami tęczę marzeń i niespełnionych pragnień anemicznego mieszkańca koszarowych domów, który, dźwigając na swoich barkach ciężar następstw wojny, całą pełnią swoich sił dąży do szczęścia, radości, słońca i życia.

O czymże więc właściwie chcę mówić? O szukaniu radości i słońca, o używaniu i jego wartości. „Wartość życia!” „Troska o ciało!” „Pielęgnowanie ciała” „Sport!” „Kultura ciała!” Błyskotliwe i wabiące to powiedzenia, popularne hasła, które, zwłaszcza teraz po wojnie, mają wziętość budząc niebywały zachwyt u ludzi, którzy nie dostrzegają w nich mnóstwa przesadnych pojęć i chaotycznych opinii. I cóż to może mieć wspólnego z kazalnicą? To, że V Przykazanie boskie i tu posiada prawo głosu. On bowiem podnosi na każdym kroku warto życia ludzkiego i broni go, domagając się jego uszanowania, ale równocześnie potępia szkodliwą przesadę i jednostronny fanatyzm.

Przy tej sposobności przypatrzmy się, co mówi chrześcijaństwo o wartości życia, i co mówi w tym V Przykazanie. Gdy to zrozumiemy, łatwiej nam będzie w przyszłą niedziele odpowiedzieć na drugie pytanie, co mówi nasza święta wiara o pielęgnowaniu z cielesnego.

W dzisiejszym kazaniu będę mówił o wartości życia.
Najpierw zbadamy, jakie stanowisko zajmuje tutaj nasza święta wiara, a następnie zastanowimy się czy dzisiejsza opinia publiczna zgadza si ę z tym stanowiskiem.

 

I.

Co mówi nasza wiara o ciele ludzkim?

Rozpowszechniło się między ludźmi mniemanie, że chrześcijański światopogląd wyklucza zupełnie radość z życia, że jego etyka niechętnie patrzy na ciało, jego pielęgnowanie i piękność, że jej ideałem są dawni święci, którzy długimi postami i biczowaniem wyniszczali w sobie wszelkie pragnienia ciała. „Brr! Ciarki przechodzą po skórze dzisiejszego człowieka. Biczować się?… Musiał to być jakiś straszny, niepojęty fanatyzm! Nie! Jeśli to ma być istotą chrześcijaństwa, jeśli jego ideałem jest tak daleko posunięta pogarda ciała, to ja nie mogę być dobrym chrześcijaninem…”

Na pewno spotkaliście się nieraz z podobnym rozumowaniem. Kochani Bracia! Winniśmy dać na to odpowiedź. W przeciwnym razie podobne myśli u wielu ludzi mogą stać się przyczyną zaniedbania, a nawet oziębłości religijnej.

A) Przede wszystkim, już z punktu widzenia teoretycznego nie zgadza się z prawd ą twierdzenie, ż e chrześcijaństwo, chociaż zawsze głosi prawo supremacji duszy, jest wrogiem ciała ludzkiego.

1) Największą bowiem naszą chlubą jest to, że druga Boska Osoba przybrała na siebie ludzkie ciało. Jest to zaszczyt, który z niczym nie da się porównać. Przecież, jak świadczy o tym uroczystość Objawienia Pana, mędrcy aż ze Wschodu dążyli śladami gwiazdy, szukając Boga w ludzkiej naturze i w ludzkim ciele, i tego Boga znaleźli. Czyż mógł więc Chrystus Pan, który tak wysoko cenił ludzkie ciało, że Sam je przybrał na Siebie, nim gardzić? Czy może nim gardzić Jego święta wiara?
Dalej: Czyż to nie Kościół katolicki i to wyłącznie Kościół otacza taką czcią ciała i relikwie swoich bohaterów, świętych? Nawet w „Credo” wołamy do świata, propagującego zniszczenie ciała: „…wierzę w ciała zmartwychwstanie!”

Popatrzmy, jakim szacunkiem Kościół na każdym kroku otacza ludzkie ciało: Przy chrzcie świętym skrapia je wodą święconą, a w czasie bierzmowania namaszcza świętym olejem chryzmy. Przenajświętsze Ciało Chrystusa Pana w Komunii świętej łączy się z naszym ciałem! I nawet szczęśliwości niebieskiej nie wyobrażamy sobie bez udziału ciała!

Teraz chyba już nikt nie powie, że chrześcijaństwo potępia i ze zmarszczonym czołem patrzy na ciało ludzkie. Dla nas ciało nie jest więzieniem, zamykającym duszę, ale towarzyszem jej ziemskiej pielgrzymki. Nie jest ono klatką, w której trzepoce się uwięziona dusza, ale jej niezbędnym narzędziem i współpracownikiem. Ciało, zarówno jak dusza, pochodzi od Boga, należy więc strzec jego całości, zdrowia i życia. Nie wolno więc odmawiać sobie pokarmu, ubrania, mieszkania, wypoczynku, odświeżenia, rozrywki, snu i innych potrzebnych rzeczy. Abyśmy tylko nie zapomnieli słów Apostoła: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31).

Widzimy więc, że chrześcijaństwo otacza ciało pieczołowitością, jak żadna inna religia. Tylko ten, kto z tego punktu widzenia patrzy na katolicyzm, zdolny jest zrozumieć, dlaczego nasza święta wiara była tak wspaniałomyślną opiekunką sztuk, odzwierciedlających piękno życia.

2) Pójdę nawet dalej, Bracia, i zadam wam pytanie: Czy pozwoliłaby nasza

Czy wiecie, jaki jest najlepszy sposób modlitwy? Może wam się zdaje, że są to długie, ranne i wieczorne pacierze? Nie! Ale: życie, połączone z modlitwą, najpospolitsze czynności życia, wykonywane w duchu modlitwy.

Wadą wielu chrześcijan, skądinąd nawet dobrych i pobożnych, jest to, że odgraniczają życie od modlitwy. Ale powiedzcie, gdyby gospodyni, robiąc ciasto na chleb, włożyła drożdże nie do ciasta, ale obok niego, czy byłby z tego dobry, smaczny i pulchny chleb? Albo, czy można otworzyć drzwi, wsadzając klucz zamiast do dziurki od zamka – obok? Czy może być mowa o życiu religijnym człowieka, który jest innym w czasie modlitwy, a innym w czasie pracy?

Ale ktoś może się sprzeciwi: „Jak mnożna mieszać do modlitwy niepozorne drobnostki codziennego życia?! Zabierając się do modlitwy, odrzucam 90% zasobu moich słów codziennych i tylko w dobranych i wytwornych słowach spowiadam się Bogu ze swoich uczuć. Czy może mam skarżyć się na dokuczliwy ból głowy, albo żalić się, że mój starszy syn nie chce mnie słuchać? Mamy może zwierzać się Bogu z naszych kłopotów materialnych, że brakuje nam chleba, że mąż okazuje mi mało czułości?”

Tak, Bracia! I o tym wszystkim powinniśmy z Bogiem porozmawiać! Zwierzać się nawet z takich drobnostek. Nasza modlitwa może się składać z takich banalności? O, tak! Patrz, co uczynił Bóg na uczcie weselnej w Kanie?! Wybawił młodą parę z kłopotu, spowodowanego małą nieuwagą. Posłuchaj, co mówi Chrystus do Jaira, przywróciwszy do życia jego małą córeczkę? Mówi zupełnie naturalnie: dajcie je jeść! A czy nie skarży się, bawiąc w gościnie u Szymona faryzeusza, że ten nie był dla niego dość uprzejmy, że nie ucałował Go na powitanie i nie dał Mu wody do mycia nóg!

A więc: wiara, która pozwała modlić się o drobnostki codziennego życia, nie może być wrogiem tego życia.

B) Ale pominąwszy te teoretyczne rozważania i codzienne do świadczenie dowodzi, że nikt i nic na świecie nie ceni życia ludzkiego tak wysoko, jak wiara katolicka.

Tu cofnę się na chwilę do tematu zeszłoniedzielnego kazania: do samobójstwa. Wtedy wspomniałem tylko, że pierwszym i najskuteczniejszym lekarstwem przeciw epidemii samobójstwa, oraz najpewniejszym środkiem do pogłębienia szacunku dla życia jest powrót do religii.

Ale, Bracia! Stwierdzenie, że „pogłębienie religijności” jest najlepszą obroną przeciwko samobójstwu, jest tylko częściowo prawdziwe. Chcąc powiedzieć całą prawdę, musimy tezę postawić w ten sposób: najlepszym lekarstwem przeciwko samobójstwu i środkiem na przywrócenie radości jest pogłębianie katolickiego życia religijnego!

Statystyka wykazała, że liczba samobójców, katolików, jest znacznie mniejsza, niż liczba samobójców innych wyznań, co w zastosowaniu do tematu dzisiejszego kazania jest dowodem, że nasza święta wiara lepiej, niż wszystkie inne wyznania, zabezpiecza wartość życia.

1) Co jest przyczyną tego ciekawego faktu? Przede wszystkim należy to tłumaczyć odwagą i nieustępliwością naszego Kościoła, który nie waha się dawać wskazówek nawet w najintymniejszych sprawach życia prywatnego, co naraża go na wiele wymówek ze strony ludzi nierozumiejących posłannictwa Kościoła. Nasza święta wiara nie pozostawia człowieka ani na chwilę w opuszczeniu i z całą konsekwencją sięga swoimi przepisami do zakamarków życia osobistego. Każdy katolik np. wie, że zrywając małżeństwo i zawierając nowe, popełnia olbrzymi grzech. Każda matka wie, że jeśli przeszkodzi urodzeniu dziecka morderstwem, przypominającym rzeź niemowląt, dokonaną przez żołdaków Heroda, Kościół wykluczy ją z grona swych wiernych, a wie i każdy mężczyzna, że kara ekskomuniki grozi wszystkim, co się pojedynkują.

Kościół nasz jednak na tym nie poprzestaje. Nie od wolnego wyboru jednostki czyni zależnym udział we Mszy świętej, lecz nakazuje, że w niedzielę i w święta trzeba być na Mszy świętej! Nie pyta się wiernych, czy chcą korzystać z pomocy łaski, lecz nakazuje, że przynajmniej raz w roku każdy powinien spowiadać się i komunikować! Któż nie przyzna, że ten uciążliwy na pozór przymus jest środkiem wielce zbawiennym, bo daje sposobność do pokrzepienia duszy i przywrócenia radości życia?! Nie skarżmy się, że jest to kuratela! Ostatecznie taką nazwą można by określić i klamry na stromych perciach, które nas chronią od runięcia w przepaść!

Nasza święta wiara posuwa się jeszcze dalej w dziele wspierania dusz. Urządza misje i ćwiczenia duchowne, które biorących w nich udział nie tylko sprowadzają z powrotem na drogę praw Bożych, ale często przywracają im straconą radość życia. Katolicyzm i w dnie powszednie, od rana do wieczora, trzyma otwarte kościoły, by wszyscy, „którzy są obciążeni” mogli przynajmniej na kilka minut stanąć przed obliczem Chrystusa, utajonego w Przenajświętszym Sakramencie Ołtarza. Dzieci naszej Matki Kościoła chętnie udają się ze swymi cierpieniami do Matki Boskiej Bolesnej. Któż zliczy te tysiące ludzi, borykających się, walczących, stojących już, już na skraju przepaści, którzy co dzień przed obrazem Bolesnej Matki znajdują ulgę i nowe siły do życia?

Razu pewnego wstąpiłem wcześnie rano do kościoła OO. Franciszkanów. Na lewo od wejścia stoi tam ołtarz z obrazem Matki Boskiej. Było to przed ósmą, a więc jak na wielkomiejskie stosunki, jeszcze wcześnie. Mimo to przed obrazem Matki Boskiej rojno było od ludzi, przychodzących i odchodzących. Ilu też przyszło, pomyślałem – przeliczę! Przyda mi się to do dzisiejszego kazania. W przeciągu pięciu minut przeszło 27 osób. Bracia! Czy jest na świecie – nie zgorszcie się moim dziwacznym pytaniem – skuteczniejsze „biuro zapobiegające samobójstwom”, niż obraz Matki Boskiej Bolesnej?! Z iluż to serc, cierpiących rozpaczliwą nędzę, jedno litościwe spojrzenie tej, żałobą otulonej Matki, wyjmuje miecz boleści?

Nasza święta wiara, w każdej okoliczności, wpływa na usposobienie i wpaja w duszę katolika pogodę i zapał do życia. Zwróćcie uwagę na leśne ścieżki, ozdobione obrazami Marii, na przydrożne krzyże, artystyczne piękno naszych kościołów, przepych obrządku, wzruszający nastrój naszych świąt…

Z żalem jednak musimy stwierdzić, że wielu z tych, którzy już wyszli z dziecinnych lat, prąd życia unosi daleko od matczynego łona Kościoła. A jednak! Ten, kto w dziecinnych latach doświadczył macierzyńskiej miłości i opieki Kościoła, nigdy nie zdoła tych wspomnień zupełnie z duszy wymazać. I choć utoną chwilowo w zapomnieniu, w dokuczliwych cierpieniach, odżyją jednak, wytrącając z ręki szklankę trucizny, lub każąc odrzucić śmiercionośny rewolwer. Zrozpaczony „Faust” Goethego już podnosi puchar trucizny do ust, gdy wtem: głos dzwonu rezurekcyjnego wytrąca mu go z ręki. Że wśród katolików mniej jest samobójców, zawdzięczamy to wielkiemu wpływowi wychowawczemu naszej świętej wiary!

2) I to jeszcze nie wszystko. Najgłówniejszej rzeczy nie mogę pominąć milczeniem! Jest nią spowiedź, której przemożny wpływ tutaj zaznacza się najsilniej.

Spowiedź! W sakramencie pokuty Kościół otrzymał od Chrystusa Pana władzę, która jest cudownym zaiste środkiem odnalezienia ochoty do życia i zagubionej jego radości. Grzech przygniata duszę ciężarem nie do zniesienia, od którego spowiedź mnie uwalnia! Zabija mnie rozpacz, przenikająca serce – przez spowiedź mogę się od niej uwolnić! Gdy skarga zmarnowanego życia stawia mi przed oczy najokropniejsze wizje – spowiedź pozwała mi zacząć nowe, jaśniejsze dni! Grzech popełniony żąda zadośćuczynienia, spowiedź właśnie jest tym wewnętrznym zadośćuczynieniem. „Chrześcijaństwo wyklucza z życia radość”– słyszy się nieraz. Bracia! Spytajcie tych, którzy wracają od konfesjonału; idąc tam, dźwigali na swoich barkach ciężar strasznej winy. Szli, gnani tysiącami wyrzutów niespokojnej duszy, a wracają rozpromienieni, wolni od grzechu i pełni nowych sił do życia. Bracia! To nie jest tylko moje osobiste przekonanie. Stwierdzają to neurologowie, psychologowie i statystyki samobójstw. Tajemnica, której się nikomu nie wyjawia, powoduje dręczący ból, zdenerwowanie i zwała na serce ciężar, zdolny doprowadzić do obłędu. A spowiedź od tego uwalnia… Mógłby ktoś pomyśleć, że daleko odbiegłem od tematu: „o wartości życia”. Ja przeciwnie, sądzę, że dotarłem do samego dna zagadnienia. Bo tylko w ten sposób mogłem wykazać w całej pełni, że nasza święta wiara ceni życie i broni go.

 

II.

Ostrożnie z hasłami o „kulturze ciała”!

Jeśli światopogląd chrześcijański tak poważnie ocenia życie ciała – ileż w tym prawdy, że chrześcijaństwo jest wrogiem ciała? Z takimi twierdzeniami spotykamy się bowiem na każdym kroku!

Prawdą jest, że chrześcijaństwo ceni ciało bardzo wysoko, ale go nie przecenia. Nie jest ono wrogiem radości życia ziemskiego, ale występuje z całą stanowczością przeciwko nieokiełzanej rozpuście i nieujętym w karby namiętnościom.
Prawdą jest, że wymaga ono bezwarunkowego panowania duszy nad ciałem – kosztem nawet najwyższych ofiar; jeśli zajdzie potrzeba, nawet postem i samozaparciem się, unikaniem okoliczności prowadzących do grzechu, jednym słowem: ascezą!

Ale pomimo swego wielkiego optymizmu, katolicyzm nie może zapomnieć i przeoczyć jednej rzeczy. Nie może zapomnieć, że z ciałem związana jest słabość, skłonność do grzechu, zmysłowość, nieumiarkowanie, że tam – jak wyraził się jeden z nowoczesnych pisarzy – „dzikie zwierzęta wyją w lochu”. Dzikie zwierzęta, które należy trzymać krótko, na łańcuchu!

Katolicyzm nie jest wrogiem „używania życia”, ale głosi, że życia naprawdę można używać tylko wtedy, gdy poza zmysłowymi i materialnymi przyjemnościami szukamy i subtelnej radości ducha. Czy może zrozumieć np. Beethovena ten, kto nie jest zdolny wyczuć głębin życia ludzkiego? Czyż klasycznego poetę np. Dantego, albo Shakespeare’a może zrozumieć człowiek, dla którego cała przyjemność życia streszcza się w zabawach, w tańcu, w sporcie i w zastawionym stole; który nie zdaje sobie sprawy z tego, że istotą życia ludzkiego jest nieustanna walka potęgami ciemności, nieprzerwany bój o światło, bój, toczący się nad tragicznymi przepaściami szalejących namiętności.

Jeśli to prawda, Bracia, to ze smutkiem musimy stwierdzić, ż e marny pełne podstawy do obawiania si ę haseł nowoczesnych, głoszących przesadną kulturę ciała. O hasłach tych będę mówił w przyszłą niedzielę. Wówczas wyjaśnię, że kosmetyka i pielęgnowanie ciała, utrzymane w pewnych granicach, są dozwolone i słuszne. Ale czyż może się zgodzić z chrześcijańską moralnością to, co się dzisiaj dzieje? Niektórzy uprawiają wprost religijny kult swojego ciała? Krzewią, jak nową wiarę, ideał opalania się na słońcu, turystykę górska, miłość przyrody. Nikt nie zaprzeczy, że sport i wycieczki, to zdrowe i potrzebne rzeczy, ale czyż piwo, wypite w niedzielę przed południem na Bielanach, może zastąpić Mszę świętą?! Nikt nie wątpi, że pływanie i kąpiel są rzeczą zdrową, ale czy jest zdrowe to pomieszanie i tłoczenie kobiet i mężczyzn w jednym błocie? Czy to nie zagraża moralności?! Nie ulega wątpliwości, że różne gałęzie umiarkowanej atletyki są pożyteczne dla zdrowia, ale sport, który kobiety uprawiają razem z mężczyznami, czyż nie potęguje już i tak odstraszającej mody: naśladowania mężczyzn przez kobiety?! Weźmy dla przykładu scenę, jaka rozegrała się w czasie olimpiady w Amsterdamie, w 1928 roku. Po 800 – metrowym biegu pań zawodniczki w histerycznych konwulsjach, z wykrzywionymi twarzami, rozczochranymi włosami tarzały się po boisku. Czy sądzicie, że to posunie naprzód zdrowie przyszłych pokoleń i wyjdzie na korzyść powołaniu przyszłych matek? Można by o tym pomyśleć, można by o tym dużo mówić, ale zostawmy to na przyszłą niedzielę.

Nie koniec na tym, Bracia! Zaroiło się od haseł: „Kultura ciała”, „pielęgnowanie ciała”, „wychowanie fizyczne” itp. Pozwólcie, że powiem: daleko ważniejszą rzeczą, niż budowanie boisk sportowych i urządzanie olimpiad, byłoby z punktu widzenia narodowego, podniesienie higieny życia wielkich mas ludności! Prawdziwa i najpiękniejsza kultura ciała wtedy święciłaby triumfy, gdyby każdy nasz bliźni miał wystarczający kawałek chleba, czyste mieszkanie i potrzebny wypoczynek. Każdy dzisiaj zachwyca się sportem. Ma to być ośrodek hartowania człowieka. Dobrze! Ale czy walczymy z taką samą wytrwałością i ofiarnością np. z alkoholizmem, w którego piekielnych objęciach giną tysiące ludzi, zabijając życie niezliczonych rodzin, niszcząc ich spokój i szczęście?

 

***

Bracia! Nasza święta wiara bynajmniej nie gardzi ciałem, w trosce o jego szczęście idzie jednak za świętym Franciszkiem z Asyżu.
Wiemy, że święty Biedaczyna w każdym stworzeniu widział brata lub siostrę. Do słońca mawiał: „Bracie słońce”, do gwiazd: „Siostry gwiazdy”, do wilka: „Bracie wilku”. A czy wiecie, jakimi słowami zwracał się do swojego ludzkiego ciała? Mówił do niego: „Bracie ośle”. Słowa te może rażą dzisiejsze ucho, ale doskonale odzwierciedlają prawdziwie katolicki pogląd na ciało. Nie jest ono naszym wrogiem, ani czymś złym, lecz „bratem”. Ale tylko „bratem osłem”, któremu nie można powierzyć przewodnictwa na drogach życia, bo od czasu popadnięcia w grzech, wyrządziło ono duszy dużo zła. Ono szuka i pożąda grzechu, jak osioł przydrożnych bodiaków.

Bądźmy więc wdzięczni naszej świętej wierze, że wśród dzisiejszego rozpasania się kultury ciała, odważyła się wypowiedzieć swoje zdanie. Cenię ciało, ale duszę uważam za coś wyższego! Nie mogę zachwalać kultury ciała, która zabija duszę! Chętniej zniosę słabsze ciało, niż grzeszną duszę! Wolę nawet mniej zgrabnego i nieco słabszego człowieka z charakterem, aniżeli wysportowanego złodzieja! Piękna twarz podoba mi się tylko wtedy, gdy odzwierciedla piękną duszę!
Bracia! Cieszmy się, że nasza wiara wśród zamętu dzisiejszych haseł prowadzi nas, jak gwiazda, że nie pozwala utonąć nam w ziemi, w ciele, materii, ale przez odpowiednie ustosunkowanie się do życia cielesnego, chce nas doprowadzić do żywota wiecznego.

Królowie ze Wschodu w cielesnej twarzy Dzieciątka betlejemskiego znaleźli Boga. Powtórzmy i my ze zrozumieniem wspaniałą modlitwę dzisiejszej (kazanie było wygłoszone 6 stycznia) Mszy świętej:

„Boże, któryś w dniu dzisiejszym Jednorodzonego Syna Twego przez ukazanie się gwiazdy narodom objawił, spraw miłosiernie, abyśmy, poznawszy Cię przez wiarę, do szczęścia oglądania Majestatu Twego w niebie byli doprowadzeni”. Amen.

 

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

June 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2