(O piątym przykazaniu) O pielęgnowaniu ciała

 

Kochani Bracia w Chrystusie!

Gorącego lata, pewien pan zwiedzał Paryż. Każdy, zwiedzający Paryż, stara się zobaczyć przede wszystkim pałac wersalski, zbudowany z niesłychaną rozrzutnością przez Ludwika XIV, zwanego „Królem słońcem”. Kto zajdzie do ogrodu wersalskiego, niech nie zapomni zwiedzić pałacu Trianon, który Ludwik XIV kazał wystawić dla jednej ze swoich kochanek.

Otóż wyżej wspomniany pan zdążał powoli w kierunku Trianon… Napotkany przechodzień zwraca mu uwagę, żeby nie szedł zwykłą drogą koło stawów, ponieważ z powodu upałów i suszy wyginęły ryby masami, wskutek czego nieznośne tam teraz powietrze.

– Zarażone powietrze? – przeraził się w duchu ów pan. Co się tu działo w takim razie w czasach, kiedy król i jego dwór zapominali o wszystkim, uganiając się za grzesznymi radościami? Jaka tu musiała istnieć przepaść rozpusty?! Mówiąc nowoczesnym językiem: jak niesłychany musiał tu być rozkwit „kultury ciała”?! Higiena, kosmetyka, moda, dobrobyt, rozrywki, używanie… Słowa te może nigdy i nigdzie nie były w tak wielkim, wprost „religijnym” poważaniu, jak w parku wersalskim za promieniowania „Króla słońca”! Tu, po raz pierwszy, z ust grzesznicy padły słowa niczym nieskrępowanej rozpusty, słowa, które stały się później hasłem pohulanek: „Après nous le deluge!” – „Tylko wesoło… potem może przyjść potop!” Tylko ostrożnie!… Poczekajcie! Przyjdzie potop! Gdyby choć na chwilę przerwali nieustanne pławienie się w rozkoszy, byliby już usłyszeli daleki pomruk rozgoryczonych tłumów… Ale nie mieli czasu na zastanawianie się… i przyszedł potop… Potop krwi! Groza rewolucji francuskiej, która zmiotła wszystko: dobrobyt, przepych, używanie, państwo, grzech, rozpustę… Zmiotła wszystko…, bo wielkie prawa historii nie przebaczają tym, którzy za sens życia uważają zabawę i ciągłe bale, którzy poza obżarstwem, rozrywkami i używaniem rozkoszy, nie znają innego celu.

Bracia! W ubiegłą niedzielę zastanawialiśmy się, jaką wartość posiada życie ziemskie i jak tych wartości należy używać. Starałem się udowodnić, że ciało z punktu widzenia chrześcijańskiego nie jest wrogiem duszy, ale, że chrześcijaństwo uważa je za nieodstępnego towarzysza naszej ziemskiej wędrówki, którego zdrowie i zdolność do współpracy z duszą winniśmy wstawić w program naszego posłannictwa ziemskiego. To było tematem ostatniego kazania. Dzisiaj musimy zastanowić się nad drugą częścią zagadnienia: jeśli uznajemy konieczność ciała, to musimy uznać i potrzebę pielęgnowania go. Nie tylko wolno, ule należy otoczyć ciało konieczną opieką i staraniem, przesadne atoli pieszczenie się nim i niańczenie go jest grzechem, który bezpośrednio dotyczy wprawdzie tylko jednostki, ale może spowodować i upadek narodów.

Oto dwie główne myśli dzisiejszego kazania. Przede wszystkim musimy zbadać, jakie dozwolone granice zakreśla chrześcijański światopogląd pielęgnowaniu ciała, a następnie zastanowić się, ile niebezpieczeństwa kryje w sobie przesadna troska o ciało.

 

I.

W jakich granicach pielęgnowanie ciała jest usprawiedliwione?

1) Stwierdziliśmy już, że chrześcijaństwo nie zabrania pielęgnowania ciała w ramach zdrowego rozumu i moralności, tj. zupełnie nie potępia zabaw, miłych rozrywek, przyjemności, zabiegów kosmetycznych, ani ubioru.

Przyglądając się jednak bliżej hasłom: „pielęgnowanie ciała”, „kultura ciała”, spostrzegamy, że są one wyrazem głębokiej i charakterystycznej właściwości człowieka.

Człowiek dąży do tego, by jego ciało było zdrowe, silne i piękne. To leży już w ludzkiej naturze. Chcemy być piękni, silni! Dlaczego? Gdzie leżą źródła tego zjawiska? Bo kiedyś wszyscy byliśmy takimi!

Żyje w nas jakieś prastare wspomnienie czasów, kiedy to grzech jeszcze nie zburzył w człowieku podobieństwa Bożego, kiedy nie tylko dusza, ale i ciało było piękne, silne i zdrowe. Człowiek ustawicznie tęskni do tego stanu idealnej szczęśliwości i ta tęsknota może jeszcze nigdy nie wybuchła tak żywiołowo, jak dzisiaj, po wojnie światowej. Kuracja wodna i słoneczna, świeże powietrze, turystyka, atletyka, sport, taniec rytmiczny, sztuka kinetyki, kosmetyka i całe roje przeróżnych terminów technicznych krążą koło nas, a celem ich jest: piękny i silny człowiek.

Cóż na to powiedzieć? Potępić? Miliony, miliony ludzi pędzi za hasłem „kultura ciała”. Czy potępiając to hasło w całej rozciągłości, możemy już kwestię uważać za rozstrzygniętą? Nie! Nawet z chrześcijańskiego punktu widzenia nie wolno go potępiać w zupełności. Człowiek dąży do szczęścia – jest to zasadniczym rysem jego natury. A czy można być szczęśliwym już tu na ziemi? W życiu spada na nas wiele cierpień, bólów i klęsk. Ale czy my je znosimy z poddaniem, jako dar Boży? Ból jednak nie jest celem, jeno środkiem. Chrześcijaństwo nie tylko pozwala, ale nawet zachęca, byśmy o ile możności ulżyli sobie w cierpieniach i uczynili życie ziemskie znośniejszym, lżejszym, pogodniejszym, bardziej radosnym!

Tak, to nam wolno!
Ale tutaj tkwi sporny punkt. Człowiek pragnie się weselić całą pełnią życia, chrześcijaństwo zaś chce jego życie napełnić owocną treścią. Sądzę, Kochani Słuchacze, że mnie zupełnie zrozumiecie, jeśli myśl moją wyrażę w ten sposób: Celem katolików jest nie kult ciała, ale jego wsławienie i podniesienie; podniesienie z nizin czczego piękna materii, z czysto zwierzęcej – że się tak wyrażę – urody, na wyżyny harmonijnego piękna duszy. Chrześcijaństwo zezwala na używanie życia, utrzymywanie piękna i rozrywki – ale tylko w granic zakreślonych przez dobro i szczęście duszy.

2) Skoro więc katolicka moralność w granicach zdrowego rozumu pozwala przestrzegać przepisów mody, kosmetyki, i dbać o piękność, to tym bardziej nie potępia hartowania ciała i sportu.

I nie myślcie, że opinia Kościoła katolickiego jest tutaj sprzeczna z opinią Pisma świętego! Czytamy tam bowiem: „Więcej wart biedny a zdrowy o silnej postawie, niż bogaty a ukarany na swym ciele [chorobą]… Nie ma większego bogactwa nad zdrowie ciała.” (Syr 30, 14 – 16).
Wiara nasza uczy, że sam Bóg pragnie, by człowiek był rosły, czysty i zdrowy. Z tego powodu Kościół nie tylko, że pozwała na zdrowy sport, ale gorąco go zaleca i cieszy się z jego rozwoju.

a) Raduje si ę ze względów nawet czysto ziemskich. Dawniej chrześcijaństwo nie zalecało pielęgnowania ciała, bo wówczas nie było to potrzebne. Wtenczas człowiek był dużo zdrowszy. A dzisiaj? Przypatrzcie się dzieciom, poddającym się badaniu lekarskiemu. Jakież to niedorozwinięte i blade! Spójrz na rzeszę chorych, leżących na łożach szpitalnych i pomyśl, że jeszcze większe zastępy nie mogły się wcale tu dostać! Przyglądnij się słabym kobietom, które nie mogą podołać obowiązkom macierzyńskim! Rzuć okiem na sine twarze suchotników! Ogarnij wzrokiem całą tę nędzę i powiedz śmiało: Pielęgnowanie ciała jest rzeczą konieczną ze względów czysto ziemskich! Bo blade, anemiczne dziecko przedmieścia, panna ze sklepu, która pudrem i szminkami zastępuje brak naturalnej zdrowej cery, robotnica o zapadłych policzkach, zupełnie wyczerpana, zgarbiona matka rodziny, to nie jest człowiek, jakiego Pan Bóg, nawet i po upadku w grzech, chciał mieć na ziemi! Niech więc nasze dzieci uprawiają atletykę, sport, niech zapisują się do harcerstwa, niech używają słońca, lasu, wycieczek górskich, niech się weselą, niech śpiewają. Wszystko to winniśmy serdecznie pochwalać nawet z czysto racjonalnego punktu widzenia.

b) Ale cieszymy się tym jeszcze bardziej ze względu na duszę. Jak to? Więc sport, hartowanie ciała posiada wartość dla duszy? Jeszcze jaką! Gdyby nawet sport, hartowanie ciała i turystyka nie przynosiły innych korzyści, prócz odciągania ludzi od nikotyną zatrutego powietrza kawiarń i karczem, od dusznej atmosfery kin i sal zabawowych, to z punktu widzenia duszpasterstwa już i tym powinniśmy się cieszyć.
Ale hartowanie ciała daje jeszcze inne pozytywne korzyści.

Czyż nie jest rzeczą znamienną, że śpiew aniołów, zwiastujących narodzenie Chrystusa, pierwsi usłyszeli pasterze, zahartowani przez deszcz, wiatry i burze? Wygoda i rozpieszczenie wcale nie wychodzą duszy na korzyść; jej rozwojowi lepiej odpowiada surowa karność i panowanie nad sobą. Zniewieściale, nieprzyzwyczajone do karności i rozpieszczone ciało jest głuche na słowa Ewangelii i odwrotnie, człowiek karny, panujący nad sobą, łatwiej usłyszy głos Pana.
Zasięgnijmy w tej sprawie zdania gorliwych prefektów i spytajmy, którzy z uczniów sprawiają im najwięcej kłopotów? Którzy z nich najmniej odpowiadają wymaganiom życia chrześcijańskiego? Którzy najchętniej uchylają się od obowiązków? Którzy nie uczą się, nie modlą i popełniają grzech za grzechem? Ci, których w domu zanadto rozpieszczano i pielęgnowano, ci, którzy nie nauczyli się cnoty wyrzeczenia.

Teraz rozpowszechnia się zdrowy sport, wymagający ćwiczeń i treningu ciała. Trening ciała! No, to jeszcze pół biedy! Czy jest na świecie ktoś, kto by się tak dobrze znał na trenowaniu ciała, jak Kościół katolicki? Czyż to nie święty Paweł pisze: „poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę” (1 Kor 9, 27).

Co robią poważni sportowcy, przygotowując się do zawodów? Żyją „po sportowemu”. Jakież są przepisy tego życia? „Wcześnie wstawać i wcześnie kłaść się spać”. Kościołowi i to nie jest obce! Przed kilkoma laty zwiedziłem klasztor OO. Benedyktynów w Seckau. Latem i zimą wstają tam rano o wpół do czwartej. Stamtąd pojechałem odwiedzić Cystersów w Mehrau, nad jeziorem Boden; ci znów wstają o trzeciej, latem i zimą!

Czegoż jeszcze wymagają przepisy życia sportowego? – „Umiarkowanego odżywiania się!” Tak? To zgadza się również z przepisami Kościoła, odnośnie do postów!
Dalej: „Prowadzić czyste i wstrzemięźliwe życie”. O, przecież to jest najsubtelniejszy kwiat chrześcijańskiej etyki! Dyscyplina, panowanie nad sobą, trzymanie ciała na wodzy – przecież to są starochrześcijańskie zasady! Różnica tylko w tym, że wtedy nazywało się to „ascezą”, a dzisiaj „życiem sportowym”. Mniejsza o słowa. Brzmi to trochę dziwnie, ale możemy powiedzieć śmiało, że sport jest ascezą dzisiejszego człowieka!
Że tak jest w rzeczywistości, że „sport” i „chrześcijańskie samozaparcie się” – są to dwa wyrazy pokrewne, możemy to stwierdzić naocznie, przyglądając się zwyczajom pewnego włoskiego miasteczka.

Wszyscy znamy, z imienia przynajmniej, włoskie miasteczko Sienę. Imię jego rozsławiła wielka Święta, Katarzyna. Otóż w tej Sienie panuje osobliwy zwyczaj ludowy. Co roku marmurową posadzkę kościoła katedralnego pokrywają tam deskami. W jakim celu? „Dzisiaj mają się odbyć wielkie wyścigi konne! Po wyścigach, uczestnicy zawodów konno przyjeżdżają pod katedrę” – objaśniano mi.

– Czy wiecie, jaka jest pierwsza nagroda zwycięzcy? Nie schodząc z konia, tak, jak pokonał przeciwników, wjeżdża do kościoła, pędzi cwałem, aż przed wielki ołtarz, i w czasie odprawiającej się Sumy, siedząc na koniu, oddaje przepisane honory. Miasto świętej Katarzyny głosi światu: sport świecki i asceza Kościoła, to dwa pokrewne pojęcia!

 

II.

Niebezpieczeństwa przesadnego uprawiania sportów.

Ktoś może powiedzieć: „Dzisiejsze kazanie było właściwie gorącą propagandą sportu! Jeżeli tak dużo miłych zalet posiada sport i pielęgnowanie ciała, to wszystko w porządku! W takim razie bezkrytycznie możemy zachwycać się wszystkim, co ludzie wyczyniają w imię haseł pielęgnowania ciała…”

To już nie, Kochani Bracia! Lojalnie uznaję wartość sportu, ale nie mogę być ślepy na widok niewątpliwych niebezpieczeństw, kryjących się w przesadnej trosce o ciało.

1) Powiedziałem przed chwilą otwarcie, że ciału wolno dać wszystko, co mu się prawnie należy, jak: wypoczynek, sen, rozrywkę, pokarm, odzież, mieszkanie. Wolno mu dać nie, tylko niezbędne rzeczy, ale trzeba się starać, by one były gustowne, piękne, wygodne, czyli, jak to nazwałby ktoś „życie nasze było estetycznie urządzone”.

Ale jest jedna podstawowa teza, z której nic nie można opuścić. Starając się o piękno, baczmy, by dusza zawsze była królem, a ciało sług ą . Tak, pielęgnowanie ciała nie śmie wychodzić duszy na szkodę! Bo, chociażby człowiek nie wiem, jak się stroił, malował, uprawiał kurację odtłuszczającą, albo tuczącą, zakrapiał sobie atropinę do oczu, żeby błyszczały, szminkował wargi i masował twarz, żeby była świeża – przyjdzie jednak godzina, kiedy nie pomoże ani najbardziej wyrafinowana kosmetyka. Przyjdzie godzina, kiedy dusza zrzuci z siebie ciało, jak zdarty łachman. Godzina, w której najlepsza szminka nie pomoże, kiedy najsilniejsza perfum nie zabije zapachu zgnilizny, kiedy skończy się wszelka moda. Całun przecież nie kieruje się krzykiem mody…
Bracie, Siostro, która poza strojeniem się nie widzisz dzisiaj innego celu w życiu, nie zapominaj o tej godzinie!

2) Ale, nie tylko pielęgnowanie piękności posiada niebezpieczne strony, posiada je również i sport. Niebezpieczeństwa ze względu na religię i ze względu na kulturę narodową.

a) Przesadne pielęgnowanie ciała kryje w sobie niebezpieczeństwa dla religii. U niektórych pielęgnowanie ciała przybiera charakter nowej religii. Sport zaczyna zastępować religijność duszy. Ale podobnie, jak ustawiczna zabawa nie może wypełnić treści życia; jak ciągłe oglądanie się w lustrze, strojenie się i cackanie nie stanowi jeszcze o powadze ludzkiej, tak samo przyjemność oglądania wschodzącego słońca nie może zastąpić rannego pacierza, ani na czarno opalona skóra nie zastąpi bieli duszy.

Nad boiskami sportowymi wysoko rozpościera się niebo, i zdaje się wołać: nie wolno duszy ludzkiej wtłoczyć w ciasne kręgi materii, sport nie moje zastąpić wiary!
Chciałbym zapytać dzisiejszych fanatyków sportu: Czy naprawdę uważacie, że z punktu widzenia czysto ziemskiego przynosi to korzyść państwu i ludności, gdy dzieci mają silniejsze mięśnie i lepsze zdrowie fizyczne, a jednocześnie zwyrodniałą, niedostatecznie pielęgnowaną duszę? Moralny hart narodu stoi o tyle wyżej od hartu cielesnego, o ile wyżej stoi dusza od ciała.

Przegraliśmy wojnę, chociaż pierwszorzędnie znosiliśmy trudy frontowe. Wskażcie mi jedna, jedyną bitwę, w której żołnierz węgierski nie wykazał dostatecznego hartu ciała. Nie ma takiej! A jednak przegraliśmy wojnę! Przegraliśmy, bo dusza węgierska niedostatecznie odporna była na truciznę moralną, poza frontem.
Potrzeba więc nie tylko zahartowanego, ale i zahartowanej duszy! Potrzeba nie tylko wygimnastykowanych rąk, ale i rąk umiejących się składać do modlitwy! Konieczny jest hart ciała, ale biada, jeśli zaniedba się hartowania duszy! Niech boiska sportowe nie powodują pustki w kościołach, bo nigdy hart ciała nie zastąpi kultury duszy.

b) Dalej: sport nie może zastąpić kultury duchowej. Dlatego napominamy, i to jest nasze drugie napomnienie, żeby boiska sportowe nie były przyczyną pustki bibliotek, czytelń i szkół! Potrzebne są sprężyste muskuły, ale muskuł to jeszcze nie wszystko! Potrzebni są atleci, ale potrzebni są i filozofowie! Sport nie może być celem sam w sobie, ale powinien przystosowywać się do wymagań wielkiego organizmu życia ludzkiego. Niech będzie ramą, która zdobi obraz, wartość ducha.

A któż nie widzi, Bracia, tego niebezpieczeństwa, że zawody sportowe, chęć pobicia rekordów, stają się jedyną ambicją coraz to większych mas, stają się śmiesznym rywalem kultury ducha.

Nie miejmy za złe Kościołowi katolickiemu, który blisko 2000 lat z olbrzymim wysiłkiem uczy ludzkość najsubtelniejszej i najprawdziwszej kultury i wiedzy, nie bierzmy mu za złe, że obecnie z trwogą śledzi niebezpieczeństwa, grożące kulturze, że wśród powodzi ziemskiego, zmaterializowanego sposobu myślenia, który zagraża wszystkiemu, ośmiela się, w interesie wyższej kultury, podnieść głos ostrzegawczy.

Z tysiąca bowiem przejawów codziennego życia wnioskujemy, że ludzkość straciła miarę prawdziwej wielkości i prawdziwej wartości! Zapytaj się, kto otrzymał zeszłego roku nagrodę Nobla! Mało kto wie. Ale zapytaj, kto zdobył zeszłego roku mistrzostwo w biegu, kto zwyciężył w pływaniu na 400 metrów? Zobaczysz, ilu odpowie!

Zapytaj się ludzi, kogo znają, kogo najwięcej podziwiają, a kogo najmniej. Najmniej znają mędrców, wielkich myślicieli i dobroczyńców świata. Więcej już wiedzą o politykach, jeszcze więcej o pisarzach i wynalazcach. Bardziej jeszcze pochłaniają uwagę tłumu milionerzy. Ale i tych w popularności przewyższają szampioni sportu, piękności filmowe i konie wyścigowe. A ponad wszystkimi jest jeszcze jedna grupa ludzi, ciesząca się największym rozgłosem – to grupa wielkich przestępców.
Nie przesadzam, Bracia! Powiedzcie, czy nie taki jest dzisiaj stan umysłów szerokich mas?! Czytamy zawsze, i wszędzie o meczach, zawodach, o przyjmowaniu lotników, o zawodach ligowych, boksie, wyczynach siły ludzkich muskułów, jakby o jakichś, światem wstrząsających czynach bohaterskich. Ale o uczynkach moralnie dobrych, o czynnościach rozumu ludzkiego nikt nie mówi.

Powtarzam: Kościół występuje nie przeciwko pielęgnowaniu ciała, ale przeciwko jego chwastom. Czyż mu nie wolno zabrać głosu? Nie wolno mu mówić, kiedy 80000 ludzi z wykrzywioną przez namiętność i zdenerwowanie twarzą, rycząc i tupiąc nogami, śledzi, któremu z dwóch bokserów wpierw złamie się nos, spuchnie twarz i oczy, i w ekstazie wyczekuje, który z nich pierwszy straci przytomność pod ciosami?!

Mówimy o odrodzeniu i sanacji, ale co odnawiamy? Tylko ciało! A ciało bez duszy, to trup! Tym samym: pielęgnowanie ciała bez kształcenia duszy jest pielęgnowaniem trupa! Oddajmy, co cielesnego, ciału, a co duchowego, duszy… „Nie tylko chlebem człowiek żyje” – powiedział pewnego razu Pan. Dziś na pewno by tak powiedział: Człowiek żyje nie tylko z footballu, ze skoków wzwyż, sportu, zabawy i pochodów uroczystych, ale „każdym słowem, które wychodzi z ust Boga”. Czyli najpierw dusza, a potem ciało! Wpierw praca, a potem rozrywka! Wpierw cnota, a potem wiedza! Wpierw niedzielna Msza święta, a potem ćwiczenia gimnastyczne i wycieczka! Wpierw to, co jest wieczne, a potem sprawy ziemskie!

Tak: nasza święta wiara ma odwagę to powiedzieć! Przypomina, że punkt ciężkości życia ludzkiego leży nie na tym świecie, ale w wieczności. Ale dzisiejsza ludzkość straciła równowagę, dlatego nie może utrzymać się prosto, zatacza się, chwieje, często nawet staje na głowie. Bądźmy wdzięczni naszej świętej wierze, że w czasach ogólnego niedoceniania wartości ma odwagę mówienia prawdy.

 

***

Na tym zakończę dzisiejsze kazanie, Kochani Bracia. Zakończę słowami, które święty Paweł umieścił w pierwszym liście do Koryntian. Znał on widocznie igrzyska, odbywające się w Istmos, i cały sport koryncki. Widział, jak zawodnicy walczą, wysilają się, jak olbrzymie trudy pokonują. A wszystko w jakim celu? Celem zdobycia więdnącego wieńca, który mógł otrzymać tylko jeden z zawodników. Pod wpływem igrzysk napisał te przepiękne słowa: „Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą” (1 Kor 9, 24 – 25).

Bracia! Według słów św. Pawła, wszyscy Jesteśmy sportsmenami Chrystusa Pana. Wszyscy ćwiczymy się, by osiągnąć życie wieczne. Całe nasze życie ziemskie jest biegiem na zawodach. Bieg – nie krótkodystansowy, ale długodystansowy. Może trwać i 70 – 80 lat! Bieg, nie po równej płaszczyźnie, lecz z przeszkodami. Iluż to wywraca się w drodze? Chodzi tu nie o jedną tylko nagrodę, – bo każdy może wygrać! Nie o więdnące laury, ale o niezniszczalny wieniec żywota wiecznego. Wieniec, który nie więdnie! Wieniec zawsze zielony! Wieniec, którego nam nikt nie odbierze! Wieniec, którym przyozdobi nas Bóg!
Bracia! Żegnam was słowami świętego Pawła: „Tak biegnijcie, abyście tę nagrodę dostali!” Amen.

 

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

November 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3