(O piątym przykazaniu) Biada światu z powodu zgorszeń [o Rodzicach]

Kochani Bracia w Chrystusie!

Nie minęły jeszcze wieki od chwili pojawienia się człowieka na ziemi, kiedy rozegrał się pierwszy dramat ludzkich namiętności, kiedy brat na brata podniósł morderczą dłoń. Kain stoi przy zwłokach zamordowanego brata. Chwilami wzdryga się jego serce na wspomnienie strasznego czynu. Co teraz będzie? Może piorun uderzy z nieba? Może pochłonie go ziemia? Tego prawdopodobnie oczekiwało jego przerażone sumienie. Pismo Święte natomiast opowiada inaczej. Kiedy wylana krew Abla wołała do nieba, stamtąd zamiast piorunów ozwał się głos Boga, żądający od Kaina sprawiedliwości: Gdzie twój brat? Ale Kain broni się hardo i wypowiada słowa, które od tej pory tak często powtarzają ludzie, ruszając ramionami: „Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego?” (Rdz 4, 9).

Bracia! Straszny czyn Kaina niezliczoną ilość razy powtórzył się w historii ludzkości. Powtórzył się dosłownie, kiedy człowiek mordował swego bliźniego, brat brata, dziecię swego ojca. Chwała Bogu, że dzisiaj uważa się to za ohydę i zbrodnię potępioną przez prawo, ale po tysiąc razy zdarza się, że człowiek zabija duszę drugiego, a prawo tego nie karze, i nikt się tym nie gorszy.

Dzięki Bogu, większość ludzi nie plami swych rąk. Nie zabiłem nikogo! – mówi wielu ludzi, ale czy może to samo powiedzieć w znaczeniu duchowym? Bo człowiek ma nie tylko ciało, ale i duszę, można więc zabić nie tylko ciało, ale i duszę: ciało mieczem i nożem, duszę gorszącym przykładem. Jeśli wielką zbrodnią w oczach Boga jest zniszczenie ciała, czyż można przypuścić, że pominie milczeniem zabójstwo duszy?! Jesteśmy bowiem stróżami swoich braci! Obarczamy się odpowiedzialnością za każde ich zgorszenie!

Bóg wydał wyrok na Baltazara, króla Babilonu, i zniszczył jego życie i państwo, bo używał naczyń świątyni jerozolimskiej do uczt rozpustnych. Jakiż wobec tego los czeka tych, którzy nie martwych naczyń kościelnych, ale żywych świątyń Boga, dusz ludzkich, przez przykład gorszący, używają, lub prowadzą do grzechu! „Biada światu dla zgorszenia!” – mówi Pan. – „Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie.” (Mt 18, 7)

W innym miejscu Pan Jezus grozi potępieniem tym, którzy głodnym braciom odmawiają chleba. Jakiż wobec tego los czeka tych, którzy zabijają duszę braci Chrystusowych? Pan Jezus mówi o potępionym Lucyferze, że „od początku był on zabójcą” (J 8, 44). A przecież nikogo nie mordował, tylko miliony do grzechu sprowadził!

Okropny to, godny samego szatana, czyn: namawiać do grzechu ludzi, zgorszyć, zabić duszę! Ta piana diabelska zalewa dzisiaj wszystko! Nasze życie rodzinne i gospodarcze roi się od tysiąca przejawów i zwyczajów, które gorszą, psują i zabijają dusze ludzkie. Dusze, za które Chrystus oddał Swoje życie!

Przypatrzmy się, dziś i w następnym kazaniu, burzycielom dusz! W dzisiejszym kazaniu zastanowimy się, w jaki sposób rodzice słabi, grzeszni i lekkomyślni mogą stać się burzycielami dusz swoich dzieci! Następnym razem znowu będę mówił: jak zabija duszę ten lub ów przejaw życia społecznego.

Dziś zatem będzie mowa o dzieciach zepsutych przez rodziców lekkomyślnych, słabych albo grzesznych.

 

I.

Rodzice lekkomyślni.

1) Bracia! Przerażenie ogarnia człowieka, kiedy zastanowi się nad treścią słów: „Dzieci zepsute przez rodziców!”

Czy to jest możliwe? Dziecko, które psują rodzice? Rodzice, którzy dali mu życie? Rodzice, którzy je wychowują, troszczą się ciągle o jego zdrowie, rozwój duchowy i fizyczny! Rodzice, którzy mu najlepiej życzą! Czyż oni mogą psuć swoje dzieci?
Niestety – życie mówi, że tak. Mogą psuć ogromnie przede wszystkim przez swoją lekkomyślność.

Bracia! Rodzice! Zastanówcie się dobrze, czy w waszych rozmowach, cóż dziwnego, że czarny całun niemoralności prędko pokryje biel duszy dziecka. Jeśli ojciec bierze z sobą dziecko do kawiarni, a nigdy do kościoła, niech się nikt nie dziwi, że ono później łatwiej tam trafi, aniżeli do kościoła!
A zgorszenie dziecka pociąga za sobą wielką odpowiedzialność. Znamy Pana Jezusa, jako zawsze łagodnego, spokojnego, wybaczającego Pasterza, ale kiedy dawał prawo o obronie duszy dziecka, oczy Jego miotały blaski, jak piorun. Głos Jego grzmiał, jak burza! (Mt 18, 6). Dziecko, to rzecz święta!

Rodzice, baczcie na duszę dziecka we wszystkich swoich rozmowach!

 

2) Oszczędzajcie je i we wzajemnym zachowaniu się wobec siebie.
W najbardziej nawet harmonijnym małżeństwie mogą zajść nieporozumienia. Ostatecznie małżonkowie są też ludźmi, a tam, gdzie ludzie dłuższy czas obcują ze sobą, niemożliwe, żeby między nimi panowała zawsze idealna zgoda. Zdarzają się też i między rodzicami pewne nieporozumienia. Ojciec zmęczony wraca do domu późnym wieczorem i wtedy jest więcej rozdrażniony. Matce znowu przeżarły nerwy kłopoty domowe. W takich razach mogą zajść pewne różnice zdań i nieporozumienia. Tylko, Bracia, tylko nie przed dziećmi!
W waszych rozmowach, wzajemnym odnoszeniu się do siebie nie może być nic takiego, co by szkodliwie oddziaływać mogło na czułą duszę dziecka i zgorszyć jego przenikliwy wzrok?

 

3) Miejcie wzgląd na swoje dzieci i w waszych rozmowach! Nie wypowiadajcie ani słówka, które by mogło urazić duszę dziecka. Nie mówcie: „Jeszcze jest małe, nic nie rozumie!” Jedno maleńkie słówko, wypowiedziane bez zastanowienia się, umysł dziecka pochwyci i zachowa na zawsze. Zapomni lekcję, którą trzeba było zapamiętać, ale tego słowa nie zapomni!

Jeżeli w domu ustawicznie mówi się o pieniądzu, cóż dziwnego, że dziecko wychowa się w tym przekonaniu, że jedynym celem życia jest zdobycie jak największej ilości pieniędzy?! Cóż dziwnego, że usycha jego życie religijne, jeśli w domu jego nie dostrzega się nawet jego śladów, a słyszy natomiast często lekkomyślną krytykę Kościoła i jego instytucje?

Pewna matka zawołała z gniewem na nieposłuszne dziecko:

– Znowu wyprawiasz harce? Wiesz, że dobry Bóg, który wszystko widzi, będzie się gniewał, gdy zobaczy, jak jesteś zły!
Mały chłopczyk odpowiada:
- Matulu, czy to prawda, że Bóg wszystko widzi?
- Tak, wszystko widzi!
- To w takim razie jest bardzo źle! Bo Bóg i to widział, że wczoraj tatuś i mamusia byli tak niegrzeczni dla siebie? 

Tak, widział, Bracia! I czy można tak wychowywać?

Mąż postąpi grubiańsko w stosunku do żony. Po minucie tego żałuje i zapomina o tym, ale na duszy dziecka została rana. Jak może dziecko szanować potem ojca? Matka po kryjomu opowie mu o wszystkich wadach ojca. Poskarży się i to ulży jej cierpieniu. Gdyby kobieta nawet czuła potrzebę użalenia się, niech nigdy nie mówi o wadach ojca przed dziećmi!

Tak, mogą zajść nieporozumienia i między małżonkami, ale, Bracia, nie załatwiajcie ich wobec dzieci! Nie wystarcza sprowadzić tok rozmowy na język niezrozumiały dla dzieci… Delikatna dusza dziecka wyczuje tragedię i spoza obcych wyrazów. Więc co należy czynić? – pytacie. Należy tak robić, jak pewna matka, która mówiła do swojej przyjaciółki:
– Wiesz, droga, jeśli mamy z mężem jakieś porachunki do załatwienia, to wpierw wysyłamy dzieci na świeże powietrze.
– Tak? – odpowiedziała cięta przyjaciółka – teraz już znam sekret tego świeżego wyglądu twoich dzieci. Widocznie zawsze przebywają na słońcu!
Wszystko jedno, Bracia! Matka miała rację. Niechaj nie gubi dzieci lekkomyślność rodziców!

 

II.

Rodzice słabi.

Po rodzicach lekkomyślnych idą rodzice słabi. Rodzice, którzy źle pojmują miłość rodzicielską. Rodzice, którzy przez przesadną delikatność i pobłażanie rozwijają w dzieciach upór. Rodzice, którzy przez swoją krótkowzroczność widzą w swoich dzieciach same zalety, i których zadowalają ich wszystkie instynktowne pragnienia.

Biedne dzieci! Biedne rozpieszczone, obsypane podarunkami, nieznające karności dzieci. Ich dusze wypaczyła słabość rodziców!
Zwróćcie uwagę na ośmioletnią córkę, jedynaczkę zamożnych rodziców, kiedy przed świętami Bożego Narodzenia wchodzi z matką do sklepu z zabawkami. Z jakąż dumą i poczuciem swojej wielkiej godności strzela oczkami na prawo i lewo. Obsługa momentalnie wyczuwa bogatego gościa i spieszy gotowa do usług.
- Wielmożna pani, co raczy rozkazać?
- Jeszcze… jeszcze nie wiem… Proszę mi pokazać ostatnie nowości

I służba przynosi wszystko. Przynoszą najpiękniej lalki, którym oczy, zależnie od położenia, otwierają się i zamykają. Przynoszą lalki ubrane w prawdziwy jedwab, z ondulowanymi włosami, drogimi kapelusikami… Ustawiają je rzędem… Ale mała ze znużeniem przebiera w nich… W końcu odzywa się:
- Nie! Lalki nie chcemy. To dla mnie ma być podarunek!
- Ach, tak!

Oprowadzają ją koło zastawionych półek. Końca nie ma tym cudownym rzeczom: karzełki, arlekiny, miniaturowe wozy elektryczne, komplet kuchenny dla dzieci, bloki budowlane, pokoje białe… Nie, i to nie!… Wszystko nie! W pewnej chwili już raczyła wskazać na duży album z obrazkami… Mamusia już z radością odetchnęła: nareszcie!… Ale nie, córeczka poszła dalej. Ta dziewczynka o białej twarzy w kosztownych pantofelkach ze skóry antylopiej, bez ciekawości, bez zainteresowania, bez radości przechodzi obok takich rzeczy, po zobaczeniu których, my w naszych latach dziecięcych nie moglibyśmy z radości spać całe noce! O, ty biedna, wcześnie rozwinięta i prędko zestarzała jedynaczko!

Może ktoś powie, że chłopcy inaczej są wychowani! Oto przykład: jedynak, dziewięcioletni Loluś. Idzie z rodzicami na spacer. Właściwie mówiąc, idzie tylko koło nich. Raz bowiem jest gdzieś na przedzie, drugi raz za nimi. Kręci się w słońcu majowym, jak nadeptana glista. Aż oto z triumfem podnosi coś z murawy i uszczęśliwiony pakuje to do torebki z drugim śniadaniem.
– Jest! Jest! Patrz, mamusiu, złapałem jeża. Zabiorę go do domu… No, tego tylko brakowało matce! Na pewno kochany Loluś zarazi się
suchotami! Nie, na to nie można pozwolić! Zwraca się natychmiast do męża:
– Powiedz, mój drogi, Lolkowi, żeby natychmiast rzucił to wstrętne zwierzę.
Ale ojciec też nie ma do tego wielkiej ochoty. Udaje, że nie słyszy. Mamusia złowrogo kaszle raz, drugi… Ojciec widzi, że będzie lepiej załatwić sprawę.
- Loluś! Daj tatusiowi jeża.
- Niemożliwe! Nie dam! Tatuś na pewno go puści.
- Nie, nie puszczę go.
- Więc po co go mam dawać?
- Chcę go pogłaskać.
- Nie można go głaskać, bo kole.
- Więc nie kochasz tatusia? – zaczyna ojciec nową taktykę.

– Kocham. Ale… jeśli zostawi mi jeża – mówi dziecko i odbiega parę kroków.

Mąż zwraca się do żony:
– Nie chce dać. Widzisz, że nie daje.
– Śmieszne – mówi matka. – Nie masz żadnej powagi wobec syna! Loluś, chodź tu! – woła na syna.
Lolek, przeczuwając burę, odsunął się dalej jeszcze o jedną ławkę. Matka rozgniewana usiłuje synka złapać… Ale Loluś biega szybciej. W końcu, dama zadyszana staje… Staje i Loluś w pewnej odległości.
- Loluś! Chodź tu natychmiast!
- Nie! Chcecie mi odebrać jeża. A ja go zabiorę do domu. Zabiorę, i już! Ojciec zadowolony mówi do matki:

– No, widzisz, że nie można mu dać rady! Z tego chłopca będzie człowiek silnej woli!…
– Nicht vor dem Kind… – prosi żona, strofując rozradowanego męża, i sama zaczyna nową taktykę.
– Słyszysz, Loluś: już dzwoni tramwaj, 17 – ka do odjazdu. Zostawi nas… Spieszmy się…
- Dobrze. Ale przyrzeknij mi, że nie będziesz ruszała mojego jeża.
- Przyrzekam.
- Słowo!
- Słowo.
- Wielkie słowo honoru?
– Wielkie. (Istnieje zatem i „małe” słowo honoru, którego się nie dotrzymuje).

Mały skarb zbliża się do przystanku tramwajowego, ale wciąż podejrzliwie spogląda na rodziców. Odnosi się wrażenie, że oni i dawniej obiecali coś wykonać pod słowem honoru, a później tego nie dotrzymali… Już są blisko tramwaju. Nie! Żeby matka została pokonana? Na to nie można pozwolić!
- Loluś! Kupię od ciebie jeża – mówi matka błagalnym głosem. Dziecko zaczyna to interesować.
- A ile dasz za niego?
- Złotego.
- Mało… daj dwa!

Matka ze złością wyciąga dwa złote. Loluś otwiera pudełko i puszcza wystraszone zwierzątko. Ojciec śmieje się serdecznie.
– Sprytny człowiek będzie z tego chłopca!…
Tak jest, Bracia! Sprytny, ale do jakiego życia? Do uczciwego, karnego, zdolnego do wyrzeczeń, pełnego ciężkich prób? Osądźcie sami!

 

III.

Rodzice grzeszni.

Pozostała nam do omówienia trzecia grupa rodziców, psujących duszę swoich dzieci. S ą to rodzice grzeszni.
Grzeszni rodzice! Na słowa te drży dusza w człowieku.
Cóż mam tu przede wszystkim na myśli, kochani Bracia?!

1) Myślę w pierwszym rzędzie o przerażającym prawie dziedziczności, o następstwach i olbrzymiej odpowiedzialności życia za młodych lat.
Ludzkość już przed wiekami zdawała sobie sprawę z wielu prawd, wpierw, zanim potrafiła je ubrać w formę naukową. Już nasi przodkowie widzieli wybitne podobieństwo, zachodzące między dziećmi, a rodzicami – nie tylko pod względem zewnętrznej budowy ciała, ale często i pod względem właściwości duchowych. Nasi praojcowie wyrażali to w ten sposób: „Niedaleko jabłko pada od jabłoni”. My określamy to jako: „Objaw tajemniczych sił dziedziczności”.

Nauka zrobiła tutaj przerażające spostrzeżenia, w świetle których odpowiedzialność rodziców jest daleko większa niż dotąd myślano. Przedtem mniemano, że odpowiedzialność rodziców zaczyna się od chwili urodzenia dziecka: za to, czego je uczą i jaki dają przykład. Dziś wiemy, że odpowiedzialność rodziców zaczyna się na długo przed urodzeniem dziecka: młodość, pełna niemoralności i grzechu, dzieci przyjdą na świat również z bardziej rozwiniętymi skłonnościami i predyspozycjami do grzechu.
Studia nad dziedzicznością z przerażeniem potwierdzają groźne słowa Pisma Świętego, że grzechy ojców będą opłakiwały ich dzieci i dzieci tych dzieci.
Strasznie nawet pomyśleć, że ludzie mogą być wrogami duszy jeszcze nieurodzonych dzieci. Jeśli za młodu prowadzili życie rozpustne, będą wydawali potomstwo chorowite cieleśnie, skłonne do chorób fizycznych, a duchowo do grzechu!
Nie zabijaj duszy, nie niszcz jej! I na to należy rozciągnąć V Przykazanie.

 

2) Ale mówiąc o grzesznych rodzicach, mam jeszcze kogo innego na myśli. Rodziców, którzy niczego tak nie boj ą si ę dla swych dzieci, jak Boga. Jak to? Więc są i tacy?

Opowiadał mi mój kolega, że pewna matka – inteligentna kobieta – szukała szkoły w Budapeszcie, gdzie by uczniowie nie musieli uczyć się religii. „Mam dwoje dzieci – mówiła – ale na to nie pozwolę, żeby je uczono religii! Nie, raczej wywiozę je za granicę…”
Niechaj wywozi! U nas, chwała Bogu, jeszcze dotychczas nie ma szkoły bez nauczania religii. U nas rząd jeszcze uznaje, że pierwszą dźwignią pracy wychowawczej w szkole jest religia. Państwo to widzi, ale matka nie.

Czegóż obawiała się ona dla swoich dzieci na godzinach religii? Tego, że będą się uczyły posłuszeństwa względem rodziców, że będą w nich wpajać miłość do rodziców, szacunek dla bliźnich i obowiązkowość! Czy powiedziała ta matka: „Nie pozwolę, żeby chodziły do podejrzanych kin?! Nie pozwalam, żeby się włóczyły po mieście! Nie pozwolę, żeby czytały liche brukowe piśmidła!?…” Czy tak powiedziała? Nie! Ale powiedziała: „Nie pozwolę, żeby się uczyły religii!” Powiedzcie, Bracia, czy nie jest to burzenie duszy?

W drugiej księdze Królewskiej czytamy, że syn pewnej kobiety, uległszy w czasie żniw udarowi słonecznemu, skarżył się ojcu: „Moja głowa! Moja głowa!” (2 Krl 4, 19).

Na to ojciec zwrócił się do jednego ze sług: „Zabierz go do matki!” Bracia! Niebezpieczeństwem dzisiejszych szkół jest to, że dbają tylko o kształcenie mózgów dziecięcych, a zapominają o kształceniu charakteru i moralności. Dzieci dzisiejsze również skarżą się po niektórych trudnych wykładach: „Boli mnie głowa”. Jak to dobrze, że możemy je zaprowadzić w godzinach religii do naszej Matki Kościoła, która obok wiedzy daje im charakter, wolę i mądrość życiową!

 

3) Tyle już powiedziałem o rodzicach grzesznych… a jeszcze skończyć nie mogę.

Muszę wspomnieć o rzeczy najokropniejszej. Naród żydowski miał jednego, zepsutego, bałwochwalczego króla Manassesa, który tak szalał w swojej zapamiętałości, że własnych synów rzucał w objęcia rozżarzonego bałwana miedzianego, Molocha, i „ofiarował” ich pogańskiemu bogowi (2 Krn 33, 6).
Okropny występek! Ale o wiele przerażające jest to, czym bardzo często można się spotkać, że są rodzice, którzy znajduj ą zadowolenie w grzechu swoich dzieci. Są prości wieśniacy, którzy z dumą opowiadają, że ich syn już umie przeklinać, i to jeszcze jak! Są uczeni, inteligentni rodzice, którzy zabierają swoje dzieci na podejrzane filmy, do nieodpowiednich lokali rozrywkowych, a nawet – wstręt nie pozwała mi tych słów wypowiedzieć – do gorszych jeszcze miejsc, i rana, którą tam wypali na młodej duszy grzech, niejedną duszę poświęci na wieki bałwanowi niemoralności. Dla tych rodziców nie mam innych słów, jak tylko piorunującą przestrogę Boga: „Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza.” (Mt 18, 6)

 

***

W dzisiejszym kazaniu była mowa o zgorszeniu.

Bracie, który swoje dzieci gorszysz lekkomyślnością, słabością albo grzechami, czyż nie przychodzi ci na myśl straszna scena, którą czytam w Ewangelii o świętym Piotrze? A on chciał dobrze! Kochał Pana, ale kochał Go niewłaściwie. Bolało go, że Pan będzie cierpiał, więc starał się powstrzymać Go od tego, a Pan twardymi słowami krzyknął na niego: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą” (Mt 16, 23). Jeżeli Pan Jezus Piotra nazwał szatanem, który powodując się fałszywą miłością chciał przeszkodzić Jego cierpieniu i zbawieniu ludzkości, jak nazwie rodziców, którzy swoją fałszywą miłością „burzą dzieło Boga” (Rz 14, 20) i dusze okupione Jego gorzką męką prowadzą do grzechu?!

Bracia! Jeszcze nie spotkałem ojca, który by żałował później, kiedy jego dziecko dorosło, że w młodości wychował je surowo, konsekwentnie, religijnie, że mu we wszystkim dawał dobry przykład swoim życiem – ale niejednokrotnie gorzkimi łzami skąpali swoje łoże rodzice, którzy gorszącym zachowaniem, albo pobłażliwą słabością zburzyli dusze swoich dzieci.

Pismo Święte mówi: „Wiedzcie, że grzech wasz dosięgnie was.” (Lb 32, 23), a słowa jego nigdy tak się nie sprawdzają, jak w późniejszym stosunku dzieci do rodziców. Baczcie rodzice! Grzechy dosięgną was!

Szukaj

pomóż tej stronie

Szanowny Gościu, jeżeli możesz, zamieść proszę u siebie jeden z linków prowadzących do tej strony.

Wybierz link do zamieszczenia

Wymienię się linkami

.mp3

October 2017
Mo Tu We Th Fr Sa Su
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5